Firmy francuskie są obecne w Polsce od wielu lat i na stałe
wpisały się w polską rzeczywistość gospodarczą. Często francuski biznes
związany jest z tradycyjnymi polskimi markami. O wsparciu francuskich i
polskich inwestorów rozmawiamy z Moniką Constant, dyrektorem generalnym
Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP).
Jest Pani dyrektorem generalnym Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej (CCIFP). Czym dokładnie zajmuje się Państwa organizacja?
– Francusko-Polska Izba Gospodarcza (CCIFP) jest jedną z najstarszych
i największych izb zagranicznych w naszym kraju. Już od ponad 20 lat
wspieramy francuskich i polskich inwestorów w rozwoju zarówno na rynku
polskim, jak i francuskim. Nasza działalność skupia się na czterech
głównych obszarach. Jesteśmy miejscem spotkań, wymiany kontaktów i
nawiązywania nowych znajomości biznesowych pomiędzy przedsiębiorcami
zrzeszonymi w CCIFP. Obecnie mamy ponad 420 firm stowarzyszonych, w tym
największe firmy francuskie reprezentujące praktycznie wszystkie sektory
gospodarki, a wiele spotkań networkingowych, które organizujemy każdego
roku, przyciąga ponad 5000 uczestników. Drugim obszarem naszej
działalności jest reprezentacja interesów. Chcemy aktywnie działać na
rzecz poprawy rozwoju prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce,
wykorzystując wiedzę i międzynarodowe doświadczenie firm francuskich.
Nasze centrum szkoleniowe proponuje z kolei wiele seminariów i
konferencji, dzięki którym pracownicy mogą poszerzać swoją wiedzę i
wymieniać się doświadczeniami z zakresu zarządzania, HR, marketingu,
prawa itp. Czwartym filarem naszej działalności jest Centrum Rozwoju
Biznesu. Dwujęzyczni i dwukulturowi doradcy zajmują się wspieraniem firm
w wejściu na rynek polski lub francuski. Dostarczamy informacji
dotyczących nawet najbardziej skomplikowanych sektorów, wyszukujemy
partnerów, klientów, organizujemy spotkania i misje handlowe, a tym
samym wspieramy polski i francuski eksport. Dostrzegam w tym obszarze
bardzo duże pole do rozwoju dla CCIFP, gdyż coraz więcej firm nie boi
się międzynarodowej ekspansji i szuka nowych rynków zbytu. Te firmy,
które zainteresowane są rynkami francuskojęzycznymi, zachęcam do
współpracy i korzystania ze wsparcia, jakie oferuje Francusko-Polska
Izba Gospodarcza.
W tym roku CCIFP zmieniła swoją nazwę i logotyp. Jaką genezę mają te zmiany i czemu mają służyć?
– 21 lat temu, gdy kilkanaście francuskich firm zakładało CCIFP,
byliśmy głównie miejscem spotkań dla Francuzów, którzy dopiero stawiali
pierwsze kroki na polskim rynku. Naszą misja było udzielanie im wsparcia
i dostarczanie informacji, które były dla nich użyteczne. Był to czas,
gdy Polska uczyła się wolnorynkowej gospodarki, więc dla inwestorów
wywodzących się z krajów Europy Zachodniej pewne mechanizmy, sposoby
działania czy chociażby procedury administracyjne były zupełnie odmienne
od tych, z którymi spotykali się we własnych krajach. Naszą rolą było
pomaganie im czasem nawet w bardzo prozaicznych sprawach, jak
asystowanie w urzędzie czy tłumaczenie dokumentów. Z biegiem lat
zmieniła się polska gospodarka, jak i profil zagranicznych inwestorów.
Duzi gracze nie pojawiają się już tak często, a procedury i
charakterystyka polskiego rynku coraz bardziej upodabnia się do modeli
zachodnich. Również i nasza organizacja zmienia swój charakter i stara
się dopasować do oczekiwań naszych członków. Coraz więcej firm do nas
przystępujących to polskie przedsiębiorstwa starające się nawiązać
współpracę z francuskimi inwestorami. Chcąc podkreślić równorzędny
charakter polskich i francuskich firm należących do CCIFP,
zdecydowaliśmy się na zmianę nazwy na Francusko-Polską Izbę Gospodarczą.
Nowy logotyp wynika natomiast z chęci ujednolicenia identyfikacji
wizualnej członków CCI France International – organizacji zrzeszającej
112 izb francuskich na całym świecie, do której należy również
Francusko-Polska Izba Gospodarcza. Dotychczas każda z izb posługiwała
się własnym logotypem i różnym nazewnictwem, co szczególnie w kontaktach
z firmami na terenie Francji wzbudzało pewne niejasności. Gdy w 2012
roku regionalne izby przemysłowo-handlowe działające we Francji
postanowiły ujednolicić swój logotyp i nazewnictwo, dołączyła do tego
również CCI France International, a w ślad za nią już ponad 80 jej
członków, w tym Francusko-Polska Izba Gospodarcza. Mam nadzieję, że nowa
identyfikacja wizualna pozwoli nam być jeszcze lepiej rozpoznawalnym
zarówno we Francji, jak i w Polsce i wzmocni naszą pozycję w kontaktach
instytucjonalnych.
Z CCIFP jest Pani związana od przeszło 14 lat, a od ponad 5
jest Pani dyrektorem generalnym. Jak według Pani zmieniły się
polsko-francuskie relacje gospodarcze w tym czasie?
– Francuskie inwestycje w naszym kraju przechodziły różne fazy.
Faktycznie śledzę te wszystkie zmiany prawie od samego początku, co
pozwala mi również na szerszą perspektywę przy zarządzaniu taką
organizacją jak CCIFP. Lata 90. to okres zapoznawania się z polską
gospodarką. Wtedy pojawiali się najwięksi gracze, którzy mieli środki i
odpowiednio przygotowane struktury do ekspansji na tworzącym się dopiero
polskim rynku. W tym czasie dużo zależało nie tylko od przemyślanych
strategii i decyzji, ale też od szczęścia i umiejętnego dopasowania się
do galopujących zmian zachodzących w naszym kraju. Po roku 2000 można
już mówić o bardziej harmonijnym rozwoju. Nadal sporo firm dużych i
średnich pojawiało się w Polsce. Był to m.in. czas przejęcia
Telekomunikacji Polskiej przez France Telecom, co pozwoliło na
osiągnięcie przez Francję pozycji lidera wśród zagranicznych inwestorów.
Firmy zaczęły również umacniać swoją dotychczasową pozycję. Rozrastały
się struktury, punkty sprzedaży, jak również zapotrzebowanie na
pracowników. Coraz częściej najwyższe stanowiska w firmach obsadzane
były przez Polaków, którzy zdobyli już duże doświadczenie zarówno w
Polsce, jak i za granicą. Wejście naszego kraju do Unii Europejskiej
było kolejnym impulsem do wzmocnienia polsko-francuskich relacji
gospodarczych. Polscy eksporterzy zaczęli śmielej pojawiać się na
rynkach zagranicznych, dzięki czemu po kilku latach udało się nam
osiągnąć dodatni bilans handlowy z Francją. Efekt „zielonej wyspy”
również zrobił swoje, gdyż względnie dobra sytuacja gospodarcza Polski w
czasie kryzysu, a także pozytywne nastroje skłoniły wielu Francuzów do
przybycia do naszego kraju i rozwoju własnej działalności. Możemy
zauważyć, że w tamtym okresie pojawiło się wiele mikro i małych
przedsiębiorstw, które z powodzeniem rozwijają się na polskim rynku.
A jaka jest w takim razie przyszłość francuskich inwestorów w Polsce?
– Francuskie firmy są inwestorami długofalowymi. Są to firmy obecne w
Polsce od wielu lat, które na stałe wpisały się w polską rzeczywistość
gospodarczą. Obecnie łączna wartość inwestycji francuskich to prawie 23
mld euro i ponad 200 tys. stworzonych miejsc pracy. Z pewnością tylko
niewielki odsetek Polaków zdaje sobie sprawę z realnej skali francuskich
inwestycji, gdyż często francuski biznes związany jest z tradycyjnymi
polskimi markami. Wyborowa, Warbud, Turek czy Orbis to obecnie firmy ze
znacznym udziałem francuskiego kapitału. Jak wynika z raportu
przygotowanego przez CCIFP i KPMG, 97 proc. francuskich firm poleciłoby
Polskę jako miejsce docelowe inwestycji firmom zagranicznym, nieobecnym
jeszcze na naszym rynku. 88 proc. z nich ocenia atrakcyjność
inwestycyjną Polski bardzo pozytywnie lub pozytywnie, a 87 proc.
przedsiębiorców jest zadowolonych ze swoich dotychczasowych inwestycji w
naszym kraju. Oczywiście są obszary, które wymagają jeszcze poprawy,
jak choćby wysoki poziom biurokracji, niestabilny i mało przejrzysty
system podatkowo-prawny, a także nadal zbyt słabo rozwinięta
infrastruktura. Są to jednak te obszary, które w ostatnich latach uległy
znacznej poprawie i mam nadzieję, że niebawem nie będą stanowiły
bariery w wejściu na polski rynek, a staną się elementami
przyciągającymi nowych inwestorów. Sektory, które z punktu widzenia
Francji są bardzo perspektywiczne, to z pewnością energetyka, lotnictwo,
branża obronna, usługi dla samorządów czy branża budowlana. Nowe środki
unijne, jak i plany rządu związane z modernizacją w powyższych
obszarach mogą przyczynić się do jeszcze większego zaangażowania firm
francuskich w Polsce.
Patrząc na skład Rady i Zarządu CCIFP, można powiedzieć, że
jest Pani jedną z nielicznych kobiet w tym bardzo męskim środowisku. Jak
sobie Pani z tym radzi?
– Faktycznie wśród członków naszej Rady jest zdecydowana przewaga
mężczyzn, jednak nie jest to specyfika wyłącznie francuska. W większości
firm, niezależnie od pochodzenia kapitału, prezesami są mężczyźni, choć
mogę powiedzieć, że się to powoli zmienia. Nawet w Izbie widać te
zmiany, gdyż do członków naszego zarządu została niedawno wybrana
kobieta – Halina Piasecka – która od wielu lat związana jest z CCIFP i
współorganizuje spotkania Klubu Kobiecego Biznesu. To właśnie m.in.
przez takie inicjatywy rola kobiety w biznesie powoli się zmienia, a i
same kobiety coraz śmielej stają na czele największych firm w Polsce.
Zresztą zachowanie różnorodności na wielu poziomach, w tym i w zakresie
równego dostępu do rozwoju i kluczowych stanowisk w firmie, jest dla
wielu francuskich inwestorów priorytetem. Przedsiębiorcy bowiem coraz
śmielej wdrażają do swojej strategii biznesowej rozwiązania z zakresu
Społecznej Odpowiedzialności Biznesu. Warto przy tym podkreślić, że
firmy realizują działania CSR nie z powodu ogólnej mody i chęci
podążania za ekologicznymi trendami. Ich zaangażowanie ma zdecydowanie
głębszy charakter, jest przemyślane i zgodne ze strategią biznesową oraz
posiada wsparcie najwyższej kadry kierowniczej. Przedsiębiorstwa
zagraniczne obecne w Polsce mogą korzystać z ogromnego zasobu wiedzy i
doświadczeń swoich firm matek ulokowanych za granicą, jak i innych
oddziałów na całym świecie. Jestem przekonana, że dzięki nim model
Społecznie Odpowiedzialnego Biznesu będzie zyskiwał coraz więcej
zwolenników, co przyniesie korzyści nie tylko przedsiębiorcom, ale
również i społeczności, w której dana firma działa.
Rozmawiała: Ilona Adamska
INSPIRUJĄCE WYWIADY Z LUDŹMI SUKCESU
Blog o ludziach sukcesu. Wyjątkowych osobach, które z odwagą i pasją realizują swoje marzenia.
niedziela, 6 września 2015
Andrzej Blikle: Brak jakości kosztuje
Profesor nauk matematycznych i informatyki, członek Rady
Naukowej w Instytucie Podstaw Informatyki PAN, członek Europejskiej
Akademi Nauk, jeden z prekursorów formuły franchisingu w Polsce –
Andrzej Blikle o doktrynie jakości i skutecznym zarządzaniu.
„DOKTRYNA JAKOŚCI. Rzecz o skutecznym zarządzaniu” to Pana ostatnia książka. Jak doszło do jej powstania?
– Książkę pisałem 17 lat. Gdy w 1990 roku objąłem prowadzenie rodzinnej firmy cukierniczej A. Blikle, wiedza na temat zarządzania firmami w warunkach polskiej gospodarki rynkowej była trudno dostępna. I praktycznie znikoma. Miałem pewne doświadczenie związane z zarządzeniem innymi organizacjami jako dyrektor naukowy Instytutu Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk czy prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego, ale to nie było to. Po kilku latach poszukiwań trafiłem na znakomity kurs MBA Francuskiego Instytutu Zarządzania w Warszawie. Ponieważ jednak był zbyt drogi, by wysłać na niego wszystkich moich kierowników, postanowiłem powtarzać dla nich wykłady, których sam wysłuchałem. Wyszedłem z założenia, że skoro jestem nauczycielem akademickim z trzydziestoletnią już wtedy praktyką, powinienem ten fakt wykorzystać w prowadzeniu firmy. Wymyśliłem nawet termin „zarządzanie przez nauczanie”. Kupiłem rzutnik na folię formatu A4 i w piwnicznym magazynku pod cukiernią na Nowym Świecie rozpocząłem szkolenie w ramach – jak to nazwałem – Firmowej Akademii Zarządzania. Wykłady nie były jednak dla wszystkich proste i zrozumiałe. Na szczęście sytuacja uległa zasadniczej zmianie, gdy w roku 1996 poznałem Jima Murray’a i dzięki jego zachęcie po raz pierwszy wziąłem udział w corocznej konferencji, nieistniejącego już dziś Brytyjskiego Towarzystwa im. Edwardsa Deminga, konferencji poświęconej zarządzaniu kompleksową jakością (ang. TQM). Wróciłem z niej pod wielkim wrażeniem wszystkiego, czego się tam dowiedziałem i niezwłocznie postanowiłem rozpocząć wdrażanie TQM w mojej rodzinnej firmie. Aby pogłębić wiedzę przeczytałem również podarowaną mi przez Jima znakomitą książkę Briana Joynera Fourth Generation Management i na jej podstawie przygotowałem mój pierwszy wykład na temat TQM.
Nie wiedząc jeszcze o tym zaczął Pan pisać swoją książkę…
– Początkowo udostępniałem ją jedynie moim pracownikom, później nielicznemu gronu zaprzyjaźnionych osób. W 2007 roku zdecydowałem, że udostępnię ją w Internecie. Bezpłatnie. Doszedłem do przekonania, że zarządzanie jakością to wielka szansa dla polskich przedsiębiorstw, pozwala bardzo poważnie podnieść jakość i wydajność pracy w każdej firmie bez ponoszenia większych nakładów finansowych. Na konferencjach Towarzystwa im. E. Deminga przekonałem się też, że elementem etosu firm zarządzanych według zasad TQM jest dzielenie się tą wiedzą z innymi firmami.
Do kogo kieruje Pan swoją książkę?
– Powstała ona z myślą o tych menedżerach, którzy dysponują wystarczającą wiedzą w zakresie jakości w swojej branży, chcą natomiast posiąść wiedzę poza branżową – dającą im przewagę nad konkurentami, niemającymi jeszcze tej wiedzy, oraz wyrównującą ich szanse wobec tych konkurentów, którzy ową wiedzę już opanowali. Zarządzanie kompleksową jakością da się zastosować wszędzie tam, gdzie ludzie łączą swoje wysiłki dla osiągnięcia wspólnych celów. Przykłady wdrożeń można znaleźć zarówno w firmach produkcyjnych jak i handlowych oraz usługowych, w administracji rządowej i samorządowej, w organizacjach pozarządowych, a także w służbie zdrowia, szkolnictwie, policji i wojsku. Nie jest to jednak powszechna metoda, przez to, że jej skuteczne zastosowanie wymaga poważnego zaangażowania emocjonalnego ze strony pracowników.
Czym jest jakość i TQM jako filozofia zarządzania?
– Zarządzanie kompleksową jakością (ang. total quality management; TQM) to uniwersalna metoda podnoszenia sprawności działania zespołów ludzkich. Z pojęciem jakości spotykamy się, gdy mowa o produkcie lub usłudze. Jakość ocenia się jako stopień spełnienia oczekiwań klienta i nie jest ona atrybutem produktu, ale relacji pomiędzy produktem a tym, czego klient oczekuje. Mówiąc prościej: jakość to stopień spełnienia oczekiwań klienta. Dobrej lub złej jakości może być telewizor, samochód, a także obsługa klienta w restauracji czy banku. Wszyscy w zasadzie zgadzamy się co do tego, że jakość powinna być dobra, nie zawsze jednak do końca wiemy, jak ją oceniać (czym ją mierzyć) oraz jak ją osiągnąć. Z okresu PRL znane są nam niektóre typowe dla tamtych czasów metody dbania o jakość: plakaty w halach produkcyjnych, transparenty na płotach, system przodowników pracy i wreszcie gdzieniegdzie komórki kontroli jakości, prowadzące wyrywkową ocenę jakości produkcji. O jakości usług nie mówiło się w ogóle. Wszystkie wymienione powyżej „metody” nie przyczyniały się oczywiście do poprawy jakości. Zależała ona niezmiennie od tego, czy ludzie pracujący przy produkcji chcieli i potrafili o nią dbać. Czasami chcieli, ale nie potrafili, bo nie stwarzano im ku temu żadnych warunków, innym razem potrafili, ale nie chcieli, gdyż oceniano ich za przekraczanie lub niewykonywanie planów, a nie za jakość. Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że dbanie o jakość obniża koszty. Jakość nie kosztuje. To właśnie jej brak kosztuje najwięcej. W najlepszym wypadku naprawą gwarancyjną, w gorszym – wymianą gwarancyjną, a w najgorszym – utratą klienta, bo nie wszystko da się wymienić.
Dużym błędem związanym z pojmowaniem pojęcia jakości produktu jest także mylenie pojęcia jakości z pojęciem wartości.
– W rzeczywistości są to dwa zupełnie różne i niezależne od siebie pojęcia. Istnieją bowiem zarówno produkty wysokiej wartości (luksusowe) i złej jakości, jak i niskiej wartości (pospolite) i dobrej jakości. Na przykład, produkowany niegdyś w Niemieckiej Republice Demokratycznej samochód marki Trabant był produktem pospolitym wysokiej jakości, a wiele złożonych i drogich systemów informatycznych to produkty niskiej jakości.
Co zatem tworzy doktrynę jakości TQM?
– Tworzą ją trzy proste zasady: zasada stałego doskonalenia (doskonalimy wszystko, wszyscy i stale), zasada racjonalności (myślenie systemowe) oraz zasada współpracy (budowanie relacji).
Doskonalimy wszyscy i wszystko? Na czym dokładnie polega zasada stałego doskonalenia?
– Składają się na nią trzy zalecenia. Po pierwsze, aby praca nad jakością produktu końcowego była skuteczna, nie można się ograniczać do pracy nad jakością jedynie tego produktu. Musi obejmować wszystko, co robimy i jak robimy, a więc również surowce, półprodukty, narzędzia, procesy, organizację pracy, warunki pracy, a także zasoby wiedzy i umiejętności, jakimi dysponują pracownicy firmy. Jest to tzw. łańcuch jakości . Po drugie, w proces utrzymania i doskonalenia jakości powinni być włączeni wszyscy pracownicy firmy, a nie jedynie „specjaliści od zapewnienia jakości”. Każdy musi dbać osobiście o jakość swojej pracy, bo bez jego zaangażowania i udziału nie da się wiele osiągnąć. Praca nad jakością musi być pracą zespołową. Po trzecie, praca nad jakością nigdy nie ustaje. TQM ma początek, nie ma końca. Nie ma takiego momentu, w którym można uznać, że jakość w danej firmie nie wymaga dalszego doskonalenia. Doskonalenie jakości powinno być procesem ciągłym.
Jakie są zatem koszty wprowadzenia jakości?
– Przede wszystkim emocjonalne. TQM nie jest tak bardzo powszechne, bo wymaga porzucenia wielu bardzo toksycznych metod zarządzania i bardzo wielu przekonań, do których przyzwyczailiśmy się od dzieciństwa. Na przykład teorii, że współzawodnictwo buduje. Nawet najbardziej szlachetne, wzniosłe i zgodne z zasadami fair play współzawodnictwo zawsze niszczy współpracę, bo jest tej współpracy przeciwieństwem — ustawia ludzi przeciwko sobie. W swojej istocie bowiem współzawodnictwo polega nie na tym, aby być dobrym, bardzo dobrym lub coraz lepszym, ale na tym, aby być lepszym od innych. A aby być lepszym od innych, nie trzeba być nawet dobrym. Wystarczy, aby inni byli gorsi! Współpraca jest najskuteczniejszą drogą do podniesienia jakości pracy zespołowej. Każde współzawodnictwo jest anty- efektywne. Menedżerowie muszą wiedzieć, że najsilniejszą motywacją do działania jest motywacja godnościowa, nie pieniądze. Motywowanie za pomocą premii nie tylko nie jest nowoczesną metodą zarządzania, ale oznacza wręcz jego klęskę. Alfie Kohn mówi, żeby przestać demotywować pracowników swoją władzą, ustawiczną kontrolą, konkursami na najlepszego sprzedawcę, porównywaniem między sobą, uzależnianiem wynagrodzenia od czynników, na które pracownik nie ma wpływu, brakiem jasno postawionych celów. Peter Drucker z kolei radzi, by zarządzać ludźmi tak, jakby to byli ochotnicy. Należy dać swoim pracownikom poczucie akceptacji, poczucie wartości, zaspokoić ich wewnętrzną potrzebę bycia dumnym z siebie. Dawać pracownikom poczucie, że to, co robią przynosi komuś pożytek. Pracownik musi znać i doceniać wartość, jaką wnosi jego praca. Musi rozumieć jej sens. Trzeba budować w zespole relacje partnerskie poprzez okazywanie pracownikowi zaufania, budując przekonanie, że może na nas liczyć.
Cechy skutecznego lidera?
– Asertywność, czyli „stanowczość bez przemocy, zgoda bez uległości i techniki bez manipulacji”. Potrafię bronić swoich racji bez używania przemocy, potrafię się z kimś zgodzić, ale nie dla świętego spokoju, tylko wtedy, gdy ktoś mnie przekona do swoich racji. Budowanie partnerskich relacji bez kumplostwa. Ważne są również charyzma i umiejętność pociągnięcia ludzi za sobą.
Czytając Pana wykłady dostępne w Internecie znalazłam niezwykle inspirujący fragment, który rozpoczyna się od słów: Nie oczekuj perfekcji – oczekuj postępu.
– To dziwnie brzmiące dla Europejczyka hasło jest naczelną dewizą menedżerów, którzy za swoją filozofię zarządzania przyjęli Kaizen – japoński odpowiednik TQM. Nie oczekuj perfekcji, mówią wyznawcy Kaizen, bo nigdy jej nie osiągniesz, a świadomość tej porażki będzie wywoływała u ciebie brak akceptacji dla siebie i innych. Nie oczekuj perfekcji, bo gdybyś kiedykolwiek uznał, że ją osiągnąłeś, byłby to koniec twojego rozwoju. Ale oczekuj postępu! Na postęp zawsze jest miejsce i czas. Postęp jest zawsze możliwy. Jest równie możliwy, jak perfekcja możliwa nie jest. Zamiast więc budzić się co rano przygnębiony, że nie jesteś doskonały, pokłoń się wschodzącemu słońcu w podzięce za to, że co dzień możesz być lepszy.
Jak osiągnąć sukces?
– Trzeba mieć szczęście, być wytrwałym i niezwykle zaangażowanym w pracę. Nie liczyć na to, że za rok będzie się jeździło drogim samochodem. Trzeba liczyć się z tym, że przez pierwsze trzy lata być może nie będzie się miało wakacji czy wolnej niedzieli, być gotowym na wiele wyrzeczeń, ale być może przeżyje się fantastyczną przygodę życia.
Rozmawiała: Ilona Adamska
„DOKTRYNA JAKOŚCI. Rzecz o skutecznym zarządzaniu” to Pana ostatnia książka. Jak doszło do jej powstania?
– Książkę pisałem 17 lat. Gdy w 1990 roku objąłem prowadzenie rodzinnej firmy cukierniczej A. Blikle, wiedza na temat zarządzania firmami w warunkach polskiej gospodarki rynkowej była trudno dostępna. I praktycznie znikoma. Miałem pewne doświadczenie związane z zarządzeniem innymi organizacjami jako dyrektor naukowy Instytutu Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk czy prezes Polskiego Towarzystwa Informatycznego, ale to nie było to. Po kilku latach poszukiwań trafiłem na znakomity kurs MBA Francuskiego Instytutu Zarządzania w Warszawie. Ponieważ jednak był zbyt drogi, by wysłać na niego wszystkich moich kierowników, postanowiłem powtarzać dla nich wykłady, których sam wysłuchałem. Wyszedłem z założenia, że skoro jestem nauczycielem akademickim z trzydziestoletnią już wtedy praktyką, powinienem ten fakt wykorzystać w prowadzeniu firmy. Wymyśliłem nawet termin „zarządzanie przez nauczanie”. Kupiłem rzutnik na folię formatu A4 i w piwnicznym magazynku pod cukiernią na Nowym Świecie rozpocząłem szkolenie w ramach – jak to nazwałem – Firmowej Akademii Zarządzania. Wykłady nie były jednak dla wszystkich proste i zrozumiałe. Na szczęście sytuacja uległa zasadniczej zmianie, gdy w roku 1996 poznałem Jima Murray’a i dzięki jego zachęcie po raz pierwszy wziąłem udział w corocznej konferencji, nieistniejącego już dziś Brytyjskiego Towarzystwa im. Edwardsa Deminga, konferencji poświęconej zarządzaniu kompleksową jakością (ang. TQM). Wróciłem z niej pod wielkim wrażeniem wszystkiego, czego się tam dowiedziałem i niezwłocznie postanowiłem rozpocząć wdrażanie TQM w mojej rodzinnej firmie. Aby pogłębić wiedzę przeczytałem również podarowaną mi przez Jima znakomitą książkę Briana Joynera Fourth Generation Management i na jej podstawie przygotowałem mój pierwszy wykład na temat TQM.
Nie wiedząc jeszcze o tym zaczął Pan pisać swoją książkę…
– Początkowo udostępniałem ją jedynie moim pracownikom, później nielicznemu gronu zaprzyjaźnionych osób. W 2007 roku zdecydowałem, że udostępnię ją w Internecie. Bezpłatnie. Doszedłem do przekonania, że zarządzanie jakością to wielka szansa dla polskich przedsiębiorstw, pozwala bardzo poważnie podnieść jakość i wydajność pracy w każdej firmie bez ponoszenia większych nakładów finansowych. Na konferencjach Towarzystwa im. E. Deminga przekonałem się też, że elementem etosu firm zarządzanych według zasad TQM jest dzielenie się tą wiedzą z innymi firmami.
Do kogo kieruje Pan swoją książkę?
– Powstała ona z myślą o tych menedżerach, którzy dysponują wystarczającą wiedzą w zakresie jakości w swojej branży, chcą natomiast posiąść wiedzę poza branżową – dającą im przewagę nad konkurentami, niemającymi jeszcze tej wiedzy, oraz wyrównującą ich szanse wobec tych konkurentów, którzy ową wiedzę już opanowali. Zarządzanie kompleksową jakością da się zastosować wszędzie tam, gdzie ludzie łączą swoje wysiłki dla osiągnięcia wspólnych celów. Przykłady wdrożeń można znaleźć zarówno w firmach produkcyjnych jak i handlowych oraz usługowych, w administracji rządowej i samorządowej, w organizacjach pozarządowych, a także w służbie zdrowia, szkolnictwie, policji i wojsku. Nie jest to jednak powszechna metoda, przez to, że jej skuteczne zastosowanie wymaga poważnego zaangażowania emocjonalnego ze strony pracowników.
Czym jest jakość i TQM jako filozofia zarządzania?
– Zarządzanie kompleksową jakością (ang. total quality management; TQM) to uniwersalna metoda podnoszenia sprawności działania zespołów ludzkich. Z pojęciem jakości spotykamy się, gdy mowa o produkcie lub usłudze. Jakość ocenia się jako stopień spełnienia oczekiwań klienta i nie jest ona atrybutem produktu, ale relacji pomiędzy produktem a tym, czego klient oczekuje. Mówiąc prościej: jakość to stopień spełnienia oczekiwań klienta. Dobrej lub złej jakości może być telewizor, samochód, a także obsługa klienta w restauracji czy banku. Wszyscy w zasadzie zgadzamy się co do tego, że jakość powinna być dobra, nie zawsze jednak do końca wiemy, jak ją oceniać (czym ją mierzyć) oraz jak ją osiągnąć. Z okresu PRL znane są nam niektóre typowe dla tamtych czasów metody dbania o jakość: plakaty w halach produkcyjnych, transparenty na płotach, system przodowników pracy i wreszcie gdzieniegdzie komórki kontroli jakości, prowadzące wyrywkową ocenę jakości produkcji. O jakości usług nie mówiło się w ogóle. Wszystkie wymienione powyżej „metody” nie przyczyniały się oczywiście do poprawy jakości. Zależała ona niezmiennie od tego, czy ludzie pracujący przy produkcji chcieli i potrafili o nią dbać. Czasami chcieli, ale nie potrafili, bo nie stwarzano im ku temu żadnych warunków, innym razem potrafili, ale nie chcieli, gdyż oceniano ich za przekraczanie lub niewykonywanie planów, a nie za jakość. Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że dbanie o jakość obniża koszty. Jakość nie kosztuje. To właśnie jej brak kosztuje najwięcej. W najlepszym wypadku naprawą gwarancyjną, w gorszym – wymianą gwarancyjną, a w najgorszym – utratą klienta, bo nie wszystko da się wymienić.
Dużym błędem związanym z pojmowaniem pojęcia jakości produktu jest także mylenie pojęcia jakości z pojęciem wartości.
– W rzeczywistości są to dwa zupełnie różne i niezależne od siebie pojęcia. Istnieją bowiem zarówno produkty wysokiej wartości (luksusowe) i złej jakości, jak i niskiej wartości (pospolite) i dobrej jakości. Na przykład, produkowany niegdyś w Niemieckiej Republice Demokratycznej samochód marki Trabant był produktem pospolitym wysokiej jakości, a wiele złożonych i drogich systemów informatycznych to produkty niskiej jakości.
Co zatem tworzy doktrynę jakości TQM?
– Tworzą ją trzy proste zasady: zasada stałego doskonalenia (doskonalimy wszystko, wszyscy i stale), zasada racjonalności (myślenie systemowe) oraz zasada współpracy (budowanie relacji).
Doskonalimy wszyscy i wszystko? Na czym dokładnie polega zasada stałego doskonalenia?
– Składają się na nią trzy zalecenia. Po pierwsze, aby praca nad jakością produktu końcowego była skuteczna, nie można się ograniczać do pracy nad jakością jedynie tego produktu. Musi obejmować wszystko, co robimy i jak robimy, a więc również surowce, półprodukty, narzędzia, procesy, organizację pracy, warunki pracy, a także zasoby wiedzy i umiejętności, jakimi dysponują pracownicy firmy. Jest to tzw. łańcuch jakości . Po drugie, w proces utrzymania i doskonalenia jakości powinni być włączeni wszyscy pracownicy firmy, a nie jedynie „specjaliści od zapewnienia jakości”. Każdy musi dbać osobiście o jakość swojej pracy, bo bez jego zaangażowania i udziału nie da się wiele osiągnąć. Praca nad jakością musi być pracą zespołową. Po trzecie, praca nad jakością nigdy nie ustaje. TQM ma początek, nie ma końca. Nie ma takiego momentu, w którym można uznać, że jakość w danej firmie nie wymaga dalszego doskonalenia. Doskonalenie jakości powinno być procesem ciągłym.
Jakie są zatem koszty wprowadzenia jakości?
– Przede wszystkim emocjonalne. TQM nie jest tak bardzo powszechne, bo wymaga porzucenia wielu bardzo toksycznych metod zarządzania i bardzo wielu przekonań, do których przyzwyczailiśmy się od dzieciństwa. Na przykład teorii, że współzawodnictwo buduje. Nawet najbardziej szlachetne, wzniosłe i zgodne z zasadami fair play współzawodnictwo zawsze niszczy współpracę, bo jest tej współpracy przeciwieństwem — ustawia ludzi przeciwko sobie. W swojej istocie bowiem współzawodnictwo polega nie na tym, aby być dobrym, bardzo dobrym lub coraz lepszym, ale na tym, aby być lepszym od innych. A aby być lepszym od innych, nie trzeba być nawet dobrym. Wystarczy, aby inni byli gorsi! Współpraca jest najskuteczniejszą drogą do podniesienia jakości pracy zespołowej. Każde współzawodnictwo jest anty- efektywne. Menedżerowie muszą wiedzieć, że najsilniejszą motywacją do działania jest motywacja godnościowa, nie pieniądze. Motywowanie za pomocą premii nie tylko nie jest nowoczesną metodą zarządzania, ale oznacza wręcz jego klęskę. Alfie Kohn mówi, żeby przestać demotywować pracowników swoją władzą, ustawiczną kontrolą, konkursami na najlepszego sprzedawcę, porównywaniem między sobą, uzależnianiem wynagrodzenia od czynników, na które pracownik nie ma wpływu, brakiem jasno postawionych celów. Peter Drucker z kolei radzi, by zarządzać ludźmi tak, jakby to byli ochotnicy. Należy dać swoim pracownikom poczucie akceptacji, poczucie wartości, zaspokoić ich wewnętrzną potrzebę bycia dumnym z siebie. Dawać pracownikom poczucie, że to, co robią przynosi komuś pożytek. Pracownik musi znać i doceniać wartość, jaką wnosi jego praca. Musi rozumieć jej sens. Trzeba budować w zespole relacje partnerskie poprzez okazywanie pracownikowi zaufania, budując przekonanie, że może na nas liczyć.
Cechy skutecznego lidera?
– Asertywność, czyli „stanowczość bez przemocy, zgoda bez uległości i techniki bez manipulacji”. Potrafię bronić swoich racji bez używania przemocy, potrafię się z kimś zgodzić, ale nie dla świętego spokoju, tylko wtedy, gdy ktoś mnie przekona do swoich racji. Budowanie partnerskich relacji bez kumplostwa. Ważne są również charyzma i umiejętność pociągnięcia ludzi za sobą.
Czytając Pana wykłady dostępne w Internecie znalazłam niezwykle inspirujący fragment, który rozpoczyna się od słów: Nie oczekuj perfekcji – oczekuj postępu.
– To dziwnie brzmiące dla Europejczyka hasło jest naczelną dewizą menedżerów, którzy za swoją filozofię zarządzania przyjęli Kaizen – japoński odpowiednik TQM. Nie oczekuj perfekcji, mówią wyznawcy Kaizen, bo nigdy jej nie osiągniesz, a świadomość tej porażki będzie wywoływała u ciebie brak akceptacji dla siebie i innych. Nie oczekuj perfekcji, bo gdybyś kiedykolwiek uznał, że ją osiągnąłeś, byłby to koniec twojego rozwoju. Ale oczekuj postępu! Na postęp zawsze jest miejsce i czas. Postęp jest zawsze możliwy. Jest równie możliwy, jak perfekcja możliwa nie jest. Zamiast więc budzić się co rano przygnębiony, że nie jesteś doskonały, pokłoń się wschodzącemu słońcu w podzięce za to, że co dzień możesz być lepszy.
Jak osiągnąć sukces?
– Trzeba mieć szczęście, być wytrwałym i niezwykle zaangażowanym w pracę. Nie liczyć na to, że za rok będzie się jeździło drogim samochodem. Trzeba liczyć się z tym, że przez pierwsze trzy lata być może nie będzie się miało wakacji czy wolnej niedzieli, być gotowym na wiele wyrzeczeń, ale być może przeżyje się fantastyczną przygodę życia.
Rozmawiała: Ilona Adamska
Magdalena Środa: Ona i On dzień po
- Myślę, że feministek i feministów mamy znacznie więcej niż
nam się zdaje, tylko to słowo jakoś jest przegrane w naszych słownikach –
z prof. Magdaleną Środą o dyskryminacji, równości, feminizmie, pigułce
„dzień po”, aborcji, gender rozmawiała Bożenna Ulatowska.
Czy mogę zapytać Panią o dom rodzinny, środowisko, w którym Pani dorastała, panujące nastroje, postawy, wzory zachowań… Czy to do dzisiaj ma znaczenie w Pani widzeniu świata? Szukam źródeł wartości oraz podstaw samodzielnego myślenia.
– Opisałam to wszystko w książce „Ta straszna Środa”. Dom rodzinny był – w dużym stopniu – ateistyczny, mama była ateistką, socjolożką sportu, tata był socjologiem religii, pochodził ze wspaniałej bardzo katolickiej rodziny, moi dziadkowie ze strony ojca byli bardzo religijni, ale zarazem bardzo tolerancyjni. W domu nie było żadnych nacisków, bym chodziła na religię ani nie byłoby żadnej krytyki, gdybym się zdecydowała. Już w dzieciństwie doszłam do wniosku, że religia nie ma absolutnie żadnego wpływu na to, czy ktoś jest dobry czy nie. Mój dziadek ze strony matki był agnostykiem i cudownym człowiekiem, dziadek ze strony ojca był głęboko wierzący i również był cudowny. Bardzo szybko nabrałam przekonania, że religia ma się tak do postaw moralnych i społecznych jak numer domu, przy którym mieszkam. Czyli żadnych. Taką też opinię miał holenderski filozof Bernard Mandeville. Jeśli chodzi o źródła wartości to – jak u każdego człowieka – jest ich bardzo dużo: rodzina, szkoła, media, przyjaciele, lektury, kultura. Jak człowiek dobrze trafi (na fajną rodzinę, wiernych przyjaciół i dobre lektury), to jest lepszy, jak źle – to jest zły, nieszczęśliwy. Dużo zależy od rodziców, ale też nie tylko to, co dobre. Jest mnóstwo rodzin, które wypaczają, uczą kompleksów. Uważam, że w Polsce panuje mit rodziny (tak jak naszych powstań) i że nie jest to dobre, w sensie społecznym, bo rodzina nie uczy postaw prospołecznych czy obywatelskich ani też nie przygotowuje do dorosłości, do intymności, seksualności. Rodzina jest „wsobna”, broni swoich członków – niezależnie od tego, jak postępują, pruderyjna. Mało kto miał rodziców, którzy nauczyli go najważniejszych spraw: jak kochać, jak być kochanym, czym jest seks, jak być dumnym z własnej cielesności. Rodzina jest – nader często – machiną ucząca nas oportunizmu – „nie wychylaj się”, „dbaj o siebie”, „mnóż rodzinne dobra”.
„Ja jestem innym tobą” – tak Majowie rozumieli relacje międzyludzkie. Nie sposób opisać lepiej bliskości i drogi do wzajemnego rozumienia się ludzi. Nasza cywilizacja, polskie społeczeństwo nie radzi sobie z tym. Słyszymy: „ja wiem lepiej, ja mam rację, ja mam właściwą orientację polityczną, seksualną, pochodzenie” – to rodzi konflikty, kłótnie. Skąd takie postawy?
Właśnie z tej rodzinnej „wsobności”. „Swój”, „nasz” to znaczy ktoś, kogo trzeba wspierać nawet wtedy, gdy jest nieudolny czy nieuczciwy; stąd wielka siła nepotyzmu! Pamięta pani, jak Waldemar Pawlak, którego dziennikarze złapali na tym, że zatrudnia w państwowej firmie członków rodziny, powiedział: „Na Madagaskar ich przecież nie wyślę!”, bo nie rozumiał, że dla dobra demokracji lepiej wysłać członków rodziny na Madagaskar niż łamać zasadę bezstronności przy zatrudnianiu na państwowe stanowiska. Ale te poglądy są bardzo powszechne; o swoich trzeba dbać, „obcy” niechaj radzą sobie sami. Przy czym przez obcych rozumiemy również członków bliskiej nam społeczności, sąsiadów, współpracowników. Stąd tak dramatycznie niski jest w Polsce współczynnik kapitału społecznego, który opiera się na relacjach społecznego zaufania. Nie mamy go. Jesteśmy archipelagiem złożonym z rodzinnych wysp, między którymi nie ma pomostów. Nie znamy nawet własnych sąsiadów, nie budujemy wspólnot, w niedzielę idziemy do kościoła, wymieniamy znak pokoju i na tym nasz kontakt z członkami lokalnej społeczności bardzo często się urywa.
Pani jest feministką, prawda?
– Jestem, tak jak pani i jak, zapewne, większość ludzi, którzy mają się za demokratów i uważają, że dyskryminacja jest czymś złym, a równość dobrym.
Słyszymy często takie wypowiedzi kobiet: „Wprawdzie nie jestem feministką, ale…”. Pobrzmiewa ton obawy przed określeniem swojej postawy, a może braku zrozumienia istoty rzeczy? Ustalmy, czym jest feminizm, a czym zdecydowanie nie jest.
– Feministka/feminista to osoba, która wie, że kobiety tylko dlatego, że są kobietami, gorzej są traktowane: częściej niż mężczyźni są ofiarami przemocy i biedy, mają znacznie mniejszy niż mężczyźni dostęp do pracy, dobrobytu, kariery, władzy, mediów; znacznie mniej niż mężczyźni zarabiają (za tę sama pracę), mają więcej nieodpłatnej pracy domowej i mniejsze niż mężczyźni możliwości samorealizacji. Feministka to też osoba, która chce ten stan rzeczy zmienić. Myślę, że feministek i feministów mamy znacznie więcej niż nam się zdaje, tylko to słowo jakoś jest przegrane w naszych słownikach.
Flagowym zadaniem feminizmu jest więc dążenie do emancypacji kobiet i równouprawnienie obu płci. Czemu tak oczywisty demokratyczny postulat stanowi problem w XXI wieku w centrum Europy?
– Bo ta Europa przez tysiąclecia była patriarchalna; hierarchiczna struktura społeczeństwa i władza mężczyzn była czymś oczywistym. Potrzeby mężczyzn (np. rywalizacji na wojnie, sporcie, na rynku), wartości (np. militarne, ekonomiczne) i instytucje (władza, wojsko, Kościół) były dominujące i traktowane jako oczywiste i uniwersalne. Kobiety „zamknięte” były w domu, w sferze prywatnej, nie miały praw ani możliwości uczestnictwa w kulturze, w życiu zawodowym, w nauce, we władzy. Dziś mają, ale – pamiętajmy – od niedawna, od stu, czasem mniej lat. Na straży tamtego porządku stały potężne siły takie jak władza świecka, instytucje kościelne, ludzka mentalność, tradycja, stereotypy, nauczanie szkolne, kultura masowa. „Nowy” porządek, w którym kobiety mają równe szanse i możliwości, dopiero się „wykluwa”, a „stary” dobrze się broni zwłaszcza tam, gdzie strażnicy dawnej tradycji są silni. W Polsce są.
Jak feminizm ma się do kobiecości? Feministki są w konflikcie z męskim rodem? Czy feminizm jest rodzaju żeńskiego? Czy często spotyka się mężczyzn feministów?
– Już chyba tylko w Polsce można zadawać takie pytania! Feminizm jest przecież synonimem demokracji, egalitaryzmu. Każdy demokrata jest feministą, tak jak kiedyś był wrogiem niewolnictwa. Czy ktoś dziś może się przyznać, że popiera niewolnictwo? Nie sądzę. Nie sądzę więc, by ktokolwiek, kto ma mentalność demokratyczną i uważa, że równość ludzi jest ważną wartością, nie był feministą/feministką. Myślę też, że każdy chrześcijanin powinien być feministą/feministką, bo to przecież Jezus jako pierwszy mówił o powszechnej równości ludzi. A jeśli chodzi o tak zwaną „kobiecość” i jej relacje z feminizmem, to sądzę, że bardziej problematyczna jest tu ta pierwsza wartość. Bo czymże jest „kobiecość”? Typem seksualności? Sposobem życia? „wyglądem” dostosowanym do kanonu? Kiedyś „kobiece” były „kobiety domowe”, bezradne, niewykształcone, pozbawione nawet dostępu do wychowania własnych dzieci, bo przecież „prawdziwe kobiety” z klasy średniej nie zajmowały się ani pracą, ani domem, ani wychowaniem, bo robiły to za nich inne (mniej kobiece?) kobiety należące do służby. Czy ktoś, kto głosi równość, zarabia na siebie, kształci się i ma ambicje jest mniej „kobiecy” niż ktoś, kto sprząta i wychowuje dzieci?! „Kobiecość” to termin znacznie bardziej płynny niż „feminizm”. W każdej epoce „kobiecość” miała inny wzorzec, ideał, choć zawsze obejmujący funkcje kobiety jako istoty seksualnej i macierzyńskiej, czasem wyłącznie te funkcje. Dziś dzięki feministkom to znacznie większa gama ról. Gdyby nie feminizm i walka o równość, kobiety zapewne siedziałyby dziś po domach, nie mając szansy na edukację, pracę, niezależność finansową i egzystencjalną. Chwała feministkom.
Kobiece wdzięki w reklamach, prasie i wreszcie filmach porno, coś złego? W tego typu publikacjach eksponowani są również mężczyźni. A więc równość.
– Proszę więc wziąć sto pierwszych reklam z brzegu i sto pierwszych z brzegu pornografii i zobaczyć, w jakich rolach występują mężczyźni, a w jakich kobiety. To kobiety są uprzedmiotawiane, to one są obiektami seksualnymi. To mężczyźni decydują o tym, jakie role grają kobiety. A grają takie, które ich podniecają. Założę się, że jeśli chodzi o reklamę, to z wielkim trudem znajdzie pani mężczyznę, który pełni funkcje nisko cenione w naszym społeczeństwie (pierze, sprząta); prace usługowe wykonują kobiety, więc taka reklama nie tylko promuje proszek do prania czy płyn do mycia naczyń, ale – zarazem – wizerunek kobiety jako piorącej i sprzątającej. Reklamy powielają i reprodukują stereotypy: podporządkowanych kobiet i niezależnych mężczyzn. W reklamach irytuje traktowanie kobiet jako infantylnych postaci, których największym egzystencjalnym problemem jest plama na koszuli męża czy popsuta pralka. Zresztą z jednego i drugiego problemu zagubioną kobietę wybawia najczęściej męski ekspert. Pamięta pani reklamę, gdzie kobieta pisała do… proszku Omo? Czy widziała pani kiedyś w reklamie mężczyznę, który pisze list do oleju silnikowego, żeby mu okazać wdzięczność i zwierzyć się z trosk?! Reklamy nie tylko seksualizują kobiety, ale je infantylizują, ukazują w rolach podrzędnych.
Trzeba pamiętać, że reklama jako część kultury masowej kształtuje nasze wzorce zachowania. Parlament Europejski w jednym ze swych dokumentów zwracał uwagę, że promowany w każdej niemal reklamie wizerunek szczupłych kobiet i obsesja na punkcie odchudzania są jednymi z przyczyn anoreksji u dziewcząt. A jeśli chodzi o pornografię, to konia z rzędem temu, kto – na stronach internetowych – znajdzie kobiecą pornografię. Tam wszystko jest dla mężczyzn; zdjęcia, filmy, sceny pokazują to, co podnieca mężczyzn. Niekoniecznie kobiety. Proszę zrobić takie doświadczenie i usiąść ze swoim mężem czy partnerem przy pierwszej z brzegu pornografii i porozmawiać o tym, co podnieca panią, a co jego. On znajdzie to bez trudu, pani raczej nie. Chyba że się pani podporządkuje strukturze jego pożądania, co kobiety często robią.
Seksualność człowieka, od jego pierwszych dni jest oczywistością. Natura wyzwala nasze potrzeby i pragnienia seksualne. Trzeba umieć je realizować świadomie. Edukacja seksualna nie znajduje właściwego miejsca w szkolnych programach nauczania. Kto ponosi odpowiedzialność, a kto konsekwencje za ten stan rzeczy?
– Konsekwencje ponoszą dzieci. Edukacja seksualna jest jednym z naczelnych praw każdego człowieka tak jak edukacja powszechna. Dziecko, które nic nie wie o własnej seksualności, które nie zna swoich praw do bezpieczeństwa seksualnego, które nie umie bronić tych praw, które nie umie odróżniać „złego” i „dobrego” dotyku i komunikować dorosłym, którym ufa – jest znacznie bardziej bezbronne i narażone na krzywdę niż dziecko, które ma wiedzę o własnej cielesności, seksualności i o tym, że są na świecie źli ludzie (najczęściej mężczyźni, o tym też trzeba wiedzieć), którzy mogą go wykorzystywać. Ignorancja w tej dziedzinie jest poważną przyczyną molestowań, pedofilii. Nie jestem pewna, czy każdemu dziecku potrzebna jest znajomość całek, wiedza o mejozie i mitozie czy umiejętność odróżniania łupek bitumicznych od innych, ale z całą pewnością potrzebna jest mu wiedza o własnej fizjologii, cielesności, zdrowiu i seksualności. Dlaczego jej nie ma w szkołach? Instytucjonalnie odpowiada za to Kościół; z jakiś powodów ludzie Kościoła z jednej strony boją się seksu, z drugiej są obsesyjnie nim zainteresowani. Któraż partia rządząca, któryż minister w obliczu siły wyborczej, jaką reprezentuje Kościół, będzie miał odwagę sprzeciwić się mu? Jak w wiekach średnich. Brak edukacji seksualnej jest z pewnością jednym z wielu dowodów na opóźnienia cywilizacyjne naszego kraju, jak również przyczyną bezradności dzieci i w związku z tym pedofilii, niechcianych ciąż, porzucania dzieci.
Postulowanie prawa do aborcji, dopuszczalnej w szczególnych przypadkach, o które walczą feministki, to upominanie się o prawo do zabijania.
– O prawo do zabijania nie trzeba walczyć. Jest ono powszechne. Od początku naszej cywilizacji mężczyźni mają prawo do zabijania. Ci, którzy zabiją dużo osób, mają pomniki i cieszą się sławą. W naszym kraju niemal w każdej dzielnicy jest pomnik kogoś, kto zabijał i jest z tego powodu bohaterem. Powie pani, że robił tak dla obrony ważnych wartości, jak na przykład wolność, troska o innych. Owszem. Ale kobieta, która dokonuje aborcji, robi to też dla obrony ważnych wartości jak na przykład wolność, zdrowie czy troska o innych. Aborcja nie jest zabijaniem dzieci, co się u nas przyjęło, tylko przerywaniem ciąży. Zarodek czy płód nie jest dzieckiem. Gdyby aborcja była zabijaniem dzieci, to kara z nią powinna być taka jak za dzieciobójstwo. A nie jest. Ci, którzy tak strasznie pragną chronić życie, powinni zająć się raczej kosztownym przemysłem militarnym. Dlaczego obrońcy życia nie protestują przeciwko wojnom? Dlaczego nie ma ich pod Ministerstwem Obrony, które właśnie dostało miliardy na zbrojenia, dlaczego nikt nie dziwi się symbolice militarnej w kościołach, na pomnikach? Jak mężczyzna zabija, to nazywa się to bohaterstwo, jak kobieta przerywa ciążę, to nazywa się to morderstwem. To przecież dziwne! Jest poza tym coś potwornie kłamliwego w wielkiej trosce polityków o dzieci „nienarodzone” i kompletnym braku troski wobec dzieci narodzonych. Nasz kraj się dozbraja, buduje stadiony, drogi, ale jakoś stale brakuje pieniędzy na żłobki, przedszkola, pomoc rodzinom wielodzietnym czy dzieciom niepełnosprawnym. A właśnie to byłyby sprawdzian dla politycznej troski o życie. Brak tak zwanych praw reprodukcyjnych (brak edukacji seksualnej, brak refundowanych środków antykoncepcyjnych, zakaz aborcji) powoduje, że jako kraj możemy być porównywany do państw afrykańskich czy islamskich, gdzie kobiety traktuje się jako osoby, które z jakichś powodów muszą być pod stałą kontrolą mężczyzn. To upokarzające i głęboko niesprawiedliwe, by o macierzyństwie i brzuchu kobiety decydowali jacyś mężczyźni (księża, politycy), którzy dzieci nie rodzą, nie wychowują i żadnych ciężarów z tego tytułu nie ponoszą.
Pojawiła się szansa w pigułce dzień po. Unia Europejska zezwala na jej sprzedaż bez recepty. W Polsce rozpoczęła się dyskusja, czy można ją sprzedawać w taki sposób. Z wizytą u lekarza ginekologa np. po środki antykoncepcyjne dziewczęta do 18. roku życia mogą przyjść wyłącznie w towarzystwie rodzica lub opiekuna, podczas gdy prawo dopuszcza rozpoczęcie współżycia seksualnego od 15. roku życia. Jak się w tym wszystkim ma poruszać młoda uczciwa Polka?
– Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z uczciwością. Pigułka „dzień po” to antykoncepcja awaryjna. Używa się jej w przypadku „wpadki” lub gwałtu. Zamiast późniejszej pigułki wczesnoporonnej, a tej zamiast aborcji. Jeśli jesteśmy przeciwko aborcji, to powinniśmy rozumieć dobrodziejstwo pigułki „dzień po”. Ona blokuje owulację i nie ma nic wspólnego ze sztucznym poronieniem. Po prostu nie doprowadza do niechcianych, a często tragicznych konsekwencji. Bo takimi są niechciane ciąże i niechciane dzieci. By nie dopuścić do aborcji, można użyć pigułki dzień po. Kościół powinien być za. A nie jest. Jego sprzeciw pokazuje miarę ubezwłasnowolnienia kobiet; kobieta nie ma prawa do edukacji seksualnej, nie ma prawa do refundowanej antykoncepcji, nie ma prawa do pigułki dzień po, nie ma prawa do środków wczesnoporonnych, nie ma prawa do aborcji. Do czego więc ma prawo? Do rodzenia jak królica, zawsze gdy tylko mężczyzna będzie miał ochotę na seks, bo ona własnej fizjologii kontrolować nie może. Dlaczego ma rodzić, gdy nie chce? „By biała rasa nie zginęła” – jak wyjaśnił niedawno wszystkim biskup Hoser. Czy to nie chore? Nie ksenofobiczne? Średniowieczne? Gdzie my żyjemy? Zwłaszcza że opinie hierarchów nie są bez znaczenia dla decyzji rządu. Episkopat się zbiera, rząd słucha…
Co innego kwestia recept dla dziewcząt przed 18. rokiem życia. Otóż gdybyśmy żyli w normalnym kraju, gdzie w szkołach jest edukacja seksualna, gdzie jest dostępna antykoncepcja, a lekarze i farmaceuci służą pacjentom, a nie prawu bożemu, to uznałabym, że recepta jest konieczna. Ale nie żyjemy w takim kraju. Proszę sobie wyobrazić 16-latkę, która zabawiła się na prywatce i ma podejrzenie, że może zajść w ciążę. Rodzicom tego nie powie, bo u nas rzadko kiedy rodzice rozmawiają z dziećmi o sprawach intymnych. Do ginekologa nie pójdzie, bo raz: że wizytę w państwowej służbie zdrowia ustawią jej na za dwa miesiące, dwa: jeśli uda jej się szybko do ginekologa trafić, to prawdopodobieństwo, że ten zacznie moralizować i przywoływać swoje religijne sumienie, a nie umiejętności, jest bardzo duże, trzy: nie może iść sama do tego ginekologa tylko z dorosłym więc prawdopodobieństwo wzmożenia nastrojów religijnych u lekarza jest jeszcze większe (bo rodzic może przecież donieść biskupowi, że taki to a taki lekarz nie słucha Boga tylko młodych ludzi). No i cztery: pójście do prywatnego lekarza, gdzie prawdopodobieństwo kompetentnej usługi jest większe, poważnie zwiększa koszty pigułki (130 zł plus koszty wizyty). W małych miastach czy na wsiach szansa dostania się do prywatnego ginekologa zaraz po „awarii” jest mała, bo lekarze nie przyjmują codziennie, a dojechanie do innego miasta znowuż kosztuje. Co więc ma robić dziewczyna, która „wpadła”. Oczywiście modlić się! Moraliści powiedzą: „Powinna unikać seksu do małżeństwa, nie powinna uczestniczyć w takich imprezach”. To zapewne słuszne. Ale stało się. Więc ma czekać, aż urodzi niechciane dziecko? Znamy wiele przypadków bezradnych matek, które nie chciały dziecka i je zabiły. Lepiej więc wcześniej zrobić aborcję? Ale ta jest nielegalna i kosztuje, czy więc nie lepiej skorzystać z pigułki? A co w przypadku gwałtu? A co z kobietami, które mają już kilkoro dzieci i nie mogą mieć kolejnych? Pigułka „dzień po” jest idealnym rozwiązaniem w awaryjnych sytuacjach. Jeśli istnieje obawa, że będzie nadużywana, to jest to jeszcze jeden powód, by wprowadzić edukację seksualną do szkół.
A wracając do pani pytania, jak w tym świecie hipokryzji ma się poruszać uczciwa Polka (bo problem ten Polaków raczej nie dotyczy), to powiem, że nie wiem. Jeśli jest katoliczką – powinna rodzić w każdej sytuacji, choć też powinna wiedzieć, że jak tylko urodzi ani Kościół, ani państwo nie pomogą jej w wychowaniu, bo ta pierwsza instytucja zajmuje się wyłącznie dziećmi nienarodzonymi, a ta druga uważa, że „kobieta zawsze sobie poradzi”. Jeśli natomiast nie jest katoliczką, to powinna – w wersji idealnej – porozmawiać z rodzicami, udać się ginekologa i zaopatrzyć na zapas w pigułkę (oby nigdy nie musiała z niej skorzystać) lub – w sytuacji rzeczywiście awaryjnej – poprosić starszą koleżankę o kupienie jej. Bo lepsze pigułka niż aborcja.
Pierwsza połowa XX wieku – „Dzieje grzechu” Żeromskiego, „Moralność pani Dulskiej” Zapolskiej, lektury, przedstawienia teatralne, filmy. W tym czasie Simone de Beauvoir, Irena Krzywicka, Tadeusz Boy-Żeleński głosili już feministyczne i postulaty równouprawnienia kobiet. Niewiele się zmieniło.
– Bo postęp, w każdym razie w kwestii praw kobiet, nigdy nie jest linearny i zawsze trzeba o niego zabiegać. Co i rusz pojawia się partia, która pod pozorem przywilejów (np. roczny urlop macierzyński) pragnie zepchnąć kobiety do roli podrzędnej i zależnej, a więc do roli matki oraz osoby wykonującej bezpłatną pracę, również na rzecz mężczyzny. Zamiast wspierać łączenie pracy zawodowej z wychowawczą (elastyczny czas pracy, żłobki) „eliminuje” się kobiety z rynków pracy, zwiększając ich zależność od mężczyzn lub państwa. A jak wiemy: jedno i drugie jest niepewne. Mężczyźni nader chętnie się rozwodzą, alimenty są nieściągalne, a państwo zajmuje się dziećmi „poczętymi”, a nie urodzonymi. W każdym społeczeństwie jest walka miedzy tradycją (wygodną dla mężczyzn) a nowoczesnością (w której kobiety mają prawa). Oby w Polsce ta walka nie była przegrana.
Często wyznawana ideologia, wszystko jedno czy głoszona przez Kościół, czy ruchy feministyczne, z którymi identyfikują się ludzie, zwalniają z niezależnego, samodzielnego myślenia. Osoby wyznające np. wiarę katolicką poddają się wskazówkom Kościoła i uważają, że trzeba je uwzględniać w polityce państwa. A czy feminizm nie dyktuje „jedynie słusznych” zasad i rozwiązań? Jak rozstrzygnąć ten dylemat?
– Dobrym sprawdzianem jest odpowiedź na takie pytanie: czy w świecie rządzonym przez feministki byłoby miejsce na Kościół i czy w świecie rządzonym wyłącznie przez Kościół byłoby miejsce na feministki? Otóż, co widać w zachodnich demokracjach i na przykład w Stanach Zjednoczonych, gdzie feministki mają się bardzo dobrze, prawa kobiet nie ograniczają praw Kościoła i ludzi do wyznawania swojej wiary. W krajach rządzonych przez Kościół (średniowiecze, dzisiejsze kraje islamskie) nie ma miejsca ani na prawa kobiet, ani na feministki.
Kiedy odrobimy lekcję z gender? Czym jest to straszne zjawisko (strach o to pytać)? Czy dyskusja o gender ma jakiś cel i sens?
– Ta dyskusja nie jest merytoryczna i niedługo przycichnie. Politycy sztucznie ją podgrzewają. W Polsce ciągle można zrobić karierę na straszeniu „Ruskim”, „układem”, „ptasią grypą” czy właśnie „gender”. Ale to tak jak straszyć ludzi transcendentalizmem czy inteligibilnością. Terminy specjalistyczne, naukowe mało kto rozumie, więc wszystko można w nie włożyć. Jak długo można ludzi straszyć nieznanym słowem? Wszystkim to się niedługo znudzi. Posłanka Kempa kiedyś zniknie z polityki, a Kościół będzie musiał się zająć swoim naprawdę poważnym problemem, jakim jest pedofilia, bo inaczej straci swą rację bytu. A gender wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na uniwersytety, bo to przecież nauka o kulturze. Po prostu.
Na szczęście w Polsce wiedza o gender jest już coraz bardziej dostępna. Niedawno wydana została Pani książka pt. „O gender i innych potworach” oraz „Encyklopedia gender. Płeć kulturowa”. Czytać je powinien chyba każdy w dzisiejszych czasach. Jak zachęci nas Pani do tej lektury?
– Chętnie w ogóle zachęcam do czytania, do gromadzenia wiedzy, do uczenia się. Przesądy, głupota mają się najlepiej tam, gdzie ciemno, gdzie panuje ignorancja. Myślę, że właśnie ignorancja jest największym problemem Kościoła katolickiego w Polsce. Zajęcia z gender przydałyby się w każdym seminarium duchowym, bo uczą m.in. o tym, jak kultura wypacza to, co naturalne, jak represjonuje to, co różnorodne. Jak wykształca wzorce (np. dotyczące rodzicielstwa, urody, zachowań, stylu bycia), do których musimy się dostosowywać, a które często nam szkodzą. Na przykład: wychowywanie mężczyzn w duchu rywalizacji i maczyzmu. Stąd ich nieporadność w roli ojców, stąd ich agresywna polityka i potrzeba walki. Tak wychowani chłopcy mają trudności z założeniem rodziny. Bowiem dziś kobiety bardziej wolą partnerów niż macho. Wolą bardziej tych, którzy są czułymi ojcami niż „jedynymi żywicielami rodziny” nieobecnymi w domu, bez kontaktu z dzieckiem. Gender uczy, że traktowanie dziewczynek i kobiet jako obiektów seksualnych lub istot posłusznych, bezwolnych, „powołanych” do wykonywania czynności, których brzydzą się mężczyźni (sprzątanie, gotowanie za darmo), nie tylko zagraża ich szczęściu i samorealizacji, ale i jest szkodliwe dla gospodarki czy ogólnego dobrobytu. Przekonanie o tym, że kobiety z powodów naturalnych lub boskich nie nadają się do edukacji, pracy, polityki, zarządzania, zubożyło nasz świat. Maria Skłodowska-Curie nie mogła studiować na Uniwersytecie Jagiellońskim, bo nie wpuszczano tam kobiet, więc dwa Noble zdobyła dla Francji, która była bardziej wolnym i zgenderowanym państwem.
Kościół jest ponoć przeciwko seksualizacji dzieci (seksualizuje je kultura masowa i dzisiejszy konsumpcjonizm) feministki też są przeciw. To ohydne, by dziewczynki były wciągane w kulturę seksualnej dorosłości tylko dlatego, że jakieś firmy chcą zarobić kasę na kosmetykach lub rozkręcić interes wokół konkursu małej miss. Dziewczynki od maleńkości muszą wiedzieć, że mogą i powinny mieć inne aspiracje niż służyć jako obiekt seksualny lub przedmiot konsumpcyjnej władzy neoliberalizmu. Wiedza o gender jest bronią, która służy jako źródło wiedzy, o tym, jak kształtuje się męskość i kobiecość na przestrzeni wieków. Gender pokazuje, jak bardzo zmieniają się wzorce kobiecości i męskości. I jak możemy na to wpływać: dla własnego dobra, dla dobra rodzin, dla szczęścia społecznego. Studia gender powinny być więc obowiązkowe nie tylko w seminariach duchownych, ale w szkołach. Chętnie też wyłożę podstawowe tezy tej nauki politykom, by rozsądniej myśleli o naszej przyszłości. O przyszłości Polaków i Polek.
Rozmawiała: Bożenna Ulatowska
Czy mogę zapytać Panią o dom rodzinny, środowisko, w którym Pani dorastała, panujące nastroje, postawy, wzory zachowań… Czy to do dzisiaj ma znaczenie w Pani widzeniu świata? Szukam źródeł wartości oraz podstaw samodzielnego myślenia.
– Opisałam to wszystko w książce „Ta straszna Środa”. Dom rodzinny był – w dużym stopniu – ateistyczny, mama była ateistką, socjolożką sportu, tata był socjologiem religii, pochodził ze wspaniałej bardzo katolickiej rodziny, moi dziadkowie ze strony ojca byli bardzo religijni, ale zarazem bardzo tolerancyjni. W domu nie było żadnych nacisków, bym chodziła na religię ani nie byłoby żadnej krytyki, gdybym się zdecydowała. Już w dzieciństwie doszłam do wniosku, że religia nie ma absolutnie żadnego wpływu na to, czy ktoś jest dobry czy nie. Mój dziadek ze strony matki był agnostykiem i cudownym człowiekiem, dziadek ze strony ojca był głęboko wierzący i również był cudowny. Bardzo szybko nabrałam przekonania, że religia ma się tak do postaw moralnych i społecznych jak numer domu, przy którym mieszkam. Czyli żadnych. Taką też opinię miał holenderski filozof Bernard Mandeville. Jeśli chodzi o źródła wartości to – jak u każdego człowieka – jest ich bardzo dużo: rodzina, szkoła, media, przyjaciele, lektury, kultura. Jak człowiek dobrze trafi (na fajną rodzinę, wiernych przyjaciół i dobre lektury), to jest lepszy, jak źle – to jest zły, nieszczęśliwy. Dużo zależy od rodziców, ale też nie tylko to, co dobre. Jest mnóstwo rodzin, które wypaczają, uczą kompleksów. Uważam, że w Polsce panuje mit rodziny (tak jak naszych powstań) i że nie jest to dobre, w sensie społecznym, bo rodzina nie uczy postaw prospołecznych czy obywatelskich ani też nie przygotowuje do dorosłości, do intymności, seksualności. Rodzina jest „wsobna”, broni swoich członków – niezależnie od tego, jak postępują, pruderyjna. Mało kto miał rodziców, którzy nauczyli go najważniejszych spraw: jak kochać, jak być kochanym, czym jest seks, jak być dumnym z własnej cielesności. Rodzina jest – nader często – machiną ucząca nas oportunizmu – „nie wychylaj się”, „dbaj o siebie”, „mnóż rodzinne dobra”.
„Ja jestem innym tobą” – tak Majowie rozumieli relacje międzyludzkie. Nie sposób opisać lepiej bliskości i drogi do wzajemnego rozumienia się ludzi. Nasza cywilizacja, polskie społeczeństwo nie radzi sobie z tym. Słyszymy: „ja wiem lepiej, ja mam rację, ja mam właściwą orientację polityczną, seksualną, pochodzenie” – to rodzi konflikty, kłótnie. Skąd takie postawy?
Właśnie z tej rodzinnej „wsobności”. „Swój”, „nasz” to znaczy ktoś, kogo trzeba wspierać nawet wtedy, gdy jest nieudolny czy nieuczciwy; stąd wielka siła nepotyzmu! Pamięta pani, jak Waldemar Pawlak, którego dziennikarze złapali na tym, że zatrudnia w państwowej firmie członków rodziny, powiedział: „Na Madagaskar ich przecież nie wyślę!”, bo nie rozumiał, że dla dobra demokracji lepiej wysłać członków rodziny na Madagaskar niż łamać zasadę bezstronności przy zatrudnianiu na państwowe stanowiska. Ale te poglądy są bardzo powszechne; o swoich trzeba dbać, „obcy” niechaj radzą sobie sami. Przy czym przez obcych rozumiemy również członków bliskiej nam społeczności, sąsiadów, współpracowników. Stąd tak dramatycznie niski jest w Polsce współczynnik kapitału społecznego, który opiera się na relacjach społecznego zaufania. Nie mamy go. Jesteśmy archipelagiem złożonym z rodzinnych wysp, między którymi nie ma pomostów. Nie znamy nawet własnych sąsiadów, nie budujemy wspólnot, w niedzielę idziemy do kościoła, wymieniamy znak pokoju i na tym nasz kontakt z członkami lokalnej społeczności bardzo często się urywa.
Pani jest feministką, prawda?
– Jestem, tak jak pani i jak, zapewne, większość ludzi, którzy mają się za demokratów i uważają, że dyskryminacja jest czymś złym, a równość dobrym.
Słyszymy często takie wypowiedzi kobiet: „Wprawdzie nie jestem feministką, ale…”. Pobrzmiewa ton obawy przed określeniem swojej postawy, a może braku zrozumienia istoty rzeczy? Ustalmy, czym jest feminizm, a czym zdecydowanie nie jest.
– Feministka/feminista to osoba, która wie, że kobiety tylko dlatego, że są kobietami, gorzej są traktowane: częściej niż mężczyźni są ofiarami przemocy i biedy, mają znacznie mniejszy niż mężczyźni dostęp do pracy, dobrobytu, kariery, władzy, mediów; znacznie mniej niż mężczyźni zarabiają (za tę sama pracę), mają więcej nieodpłatnej pracy domowej i mniejsze niż mężczyźni możliwości samorealizacji. Feministka to też osoba, która chce ten stan rzeczy zmienić. Myślę, że feministek i feministów mamy znacznie więcej niż nam się zdaje, tylko to słowo jakoś jest przegrane w naszych słownikach.
Flagowym zadaniem feminizmu jest więc dążenie do emancypacji kobiet i równouprawnienie obu płci. Czemu tak oczywisty demokratyczny postulat stanowi problem w XXI wieku w centrum Europy?
– Bo ta Europa przez tysiąclecia była patriarchalna; hierarchiczna struktura społeczeństwa i władza mężczyzn była czymś oczywistym. Potrzeby mężczyzn (np. rywalizacji na wojnie, sporcie, na rynku), wartości (np. militarne, ekonomiczne) i instytucje (władza, wojsko, Kościół) były dominujące i traktowane jako oczywiste i uniwersalne. Kobiety „zamknięte” były w domu, w sferze prywatnej, nie miały praw ani możliwości uczestnictwa w kulturze, w życiu zawodowym, w nauce, we władzy. Dziś mają, ale – pamiętajmy – od niedawna, od stu, czasem mniej lat. Na straży tamtego porządku stały potężne siły takie jak władza świecka, instytucje kościelne, ludzka mentalność, tradycja, stereotypy, nauczanie szkolne, kultura masowa. „Nowy” porządek, w którym kobiety mają równe szanse i możliwości, dopiero się „wykluwa”, a „stary” dobrze się broni zwłaszcza tam, gdzie strażnicy dawnej tradycji są silni. W Polsce są.
Jak feminizm ma się do kobiecości? Feministki są w konflikcie z męskim rodem? Czy feminizm jest rodzaju żeńskiego? Czy często spotyka się mężczyzn feministów?
– Już chyba tylko w Polsce można zadawać takie pytania! Feminizm jest przecież synonimem demokracji, egalitaryzmu. Każdy demokrata jest feministą, tak jak kiedyś był wrogiem niewolnictwa. Czy ktoś dziś może się przyznać, że popiera niewolnictwo? Nie sądzę. Nie sądzę więc, by ktokolwiek, kto ma mentalność demokratyczną i uważa, że równość ludzi jest ważną wartością, nie był feministą/feministką. Myślę też, że każdy chrześcijanin powinien być feministą/feministką, bo to przecież Jezus jako pierwszy mówił o powszechnej równości ludzi. A jeśli chodzi o tak zwaną „kobiecość” i jej relacje z feminizmem, to sądzę, że bardziej problematyczna jest tu ta pierwsza wartość. Bo czymże jest „kobiecość”? Typem seksualności? Sposobem życia? „wyglądem” dostosowanym do kanonu? Kiedyś „kobiece” były „kobiety domowe”, bezradne, niewykształcone, pozbawione nawet dostępu do wychowania własnych dzieci, bo przecież „prawdziwe kobiety” z klasy średniej nie zajmowały się ani pracą, ani domem, ani wychowaniem, bo robiły to za nich inne (mniej kobiece?) kobiety należące do służby. Czy ktoś, kto głosi równość, zarabia na siebie, kształci się i ma ambicje jest mniej „kobiecy” niż ktoś, kto sprząta i wychowuje dzieci?! „Kobiecość” to termin znacznie bardziej płynny niż „feminizm”. W każdej epoce „kobiecość” miała inny wzorzec, ideał, choć zawsze obejmujący funkcje kobiety jako istoty seksualnej i macierzyńskiej, czasem wyłącznie te funkcje. Dziś dzięki feministkom to znacznie większa gama ról. Gdyby nie feminizm i walka o równość, kobiety zapewne siedziałyby dziś po domach, nie mając szansy na edukację, pracę, niezależność finansową i egzystencjalną. Chwała feministkom.
Kobiece wdzięki w reklamach, prasie i wreszcie filmach porno, coś złego? W tego typu publikacjach eksponowani są również mężczyźni. A więc równość.
– Proszę więc wziąć sto pierwszych reklam z brzegu i sto pierwszych z brzegu pornografii i zobaczyć, w jakich rolach występują mężczyźni, a w jakich kobiety. To kobiety są uprzedmiotawiane, to one są obiektami seksualnymi. To mężczyźni decydują o tym, jakie role grają kobiety. A grają takie, które ich podniecają. Założę się, że jeśli chodzi o reklamę, to z wielkim trudem znajdzie pani mężczyznę, który pełni funkcje nisko cenione w naszym społeczeństwie (pierze, sprząta); prace usługowe wykonują kobiety, więc taka reklama nie tylko promuje proszek do prania czy płyn do mycia naczyń, ale – zarazem – wizerunek kobiety jako piorącej i sprzątającej. Reklamy powielają i reprodukują stereotypy: podporządkowanych kobiet i niezależnych mężczyzn. W reklamach irytuje traktowanie kobiet jako infantylnych postaci, których największym egzystencjalnym problemem jest plama na koszuli męża czy popsuta pralka. Zresztą z jednego i drugiego problemu zagubioną kobietę wybawia najczęściej męski ekspert. Pamięta pani reklamę, gdzie kobieta pisała do… proszku Omo? Czy widziała pani kiedyś w reklamie mężczyznę, który pisze list do oleju silnikowego, żeby mu okazać wdzięczność i zwierzyć się z trosk?! Reklamy nie tylko seksualizują kobiety, ale je infantylizują, ukazują w rolach podrzędnych.
Trzeba pamiętać, że reklama jako część kultury masowej kształtuje nasze wzorce zachowania. Parlament Europejski w jednym ze swych dokumentów zwracał uwagę, że promowany w każdej niemal reklamie wizerunek szczupłych kobiet i obsesja na punkcie odchudzania są jednymi z przyczyn anoreksji u dziewcząt. A jeśli chodzi o pornografię, to konia z rzędem temu, kto – na stronach internetowych – znajdzie kobiecą pornografię. Tam wszystko jest dla mężczyzn; zdjęcia, filmy, sceny pokazują to, co podnieca mężczyzn. Niekoniecznie kobiety. Proszę zrobić takie doświadczenie i usiąść ze swoim mężem czy partnerem przy pierwszej z brzegu pornografii i porozmawiać o tym, co podnieca panią, a co jego. On znajdzie to bez trudu, pani raczej nie. Chyba że się pani podporządkuje strukturze jego pożądania, co kobiety często robią.
Seksualność człowieka, od jego pierwszych dni jest oczywistością. Natura wyzwala nasze potrzeby i pragnienia seksualne. Trzeba umieć je realizować świadomie. Edukacja seksualna nie znajduje właściwego miejsca w szkolnych programach nauczania. Kto ponosi odpowiedzialność, a kto konsekwencje za ten stan rzeczy?
– Konsekwencje ponoszą dzieci. Edukacja seksualna jest jednym z naczelnych praw każdego człowieka tak jak edukacja powszechna. Dziecko, które nic nie wie o własnej seksualności, które nie zna swoich praw do bezpieczeństwa seksualnego, które nie umie bronić tych praw, które nie umie odróżniać „złego” i „dobrego” dotyku i komunikować dorosłym, którym ufa – jest znacznie bardziej bezbronne i narażone na krzywdę niż dziecko, które ma wiedzę o własnej cielesności, seksualności i o tym, że są na świecie źli ludzie (najczęściej mężczyźni, o tym też trzeba wiedzieć), którzy mogą go wykorzystywać. Ignorancja w tej dziedzinie jest poważną przyczyną molestowań, pedofilii. Nie jestem pewna, czy każdemu dziecku potrzebna jest znajomość całek, wiedza o mejozie i mitozie czy umiejętność odróżniania łupek bitumicznych od innych, ale z całą pewnością potrzebna jest mu wiedza o własnej fizjologii, cielesności, zdrowiu i seksualności. Dlaczego jej nie ma w szkołach? Instytucjonalnie odpowiada za to Kościół; z jakiś powodów ludzie Kościoła z jednej strony boją się seksu, z drugiej są obsesyjnie nim zainteresowani. Któraż partia rządząca, któryż minister w obliczu siły wyborczej, jaką reprezentuje Kościół, będzie miał odwagę sprzeciwić się mu? Jak w wiekach średnich. Brak edukacji seksualnej jest z pewnością jednym z wielu dowodów na opóźnienia cywilizacyjne naszego kraju, jak również przyczyną bezradności dzieci i w związku z tym pedofilii, niechcianych ciąż, porzucania dzieci.
Postulowanie prawa do aborcji, dopuszczalnej w szczególnych przypadkach, o które walczą feministki, to upominanie się o prawo do zabijania.
– O prawo do zabijania nie trzeba walczyć. Jest ono powszechne. Od początku naszej cywilizacji mężczyźni mają prawo do zabijania. Ci, którzy zabiją dużo osób, mają pomniki i cieszą się sławą. W naszym kraju niemal w każdej dzielnicy jest pomnik kogoś, kto zabijał i jest z tego powodu bohaterem. Powie pani, że robił tak dla obrony ważnych wartości, jak na przykład wolność, troska o innych. Owszem. Ale kobieta, która dokonuje aborcji, robi to też dla obrony ważnych wartości jak na przykład wolność, zdrowie czy troska o innych. Aborcja nie jest zabijaniem dzieci, co się u nas przyjęło, tylko przerywaniem ciąży. Zarodek czy płód nie jest dzieckiem. Gdyby aborcja była zabijaniem dzieci, to kara z nią powinna być taka jak za dzieciobójstwo. A nie jest. Ci, którzy tak strasznie pragną chronić życie, powinni zająć się raczej kosztownym przemysłem militarnym. Dlaczego obrońcy życia nie protestują przeciwko wojnom? Dlaczego nie ma ich pod Ministerstwem Obrony, które właśnie dostało miliardy na zbrojenia, dlaczego nikt nie dziwi się symbolice militarnej w kościołach, na pomnikach? Jak mężczyzna zabija, to nazywa się to bohaterstwo, jak kobieta przerywa ciążę, to nazywa się to morderstwem. To przecież dziwne! Jest poza tym coś potwornie kłamliwego w wielkiej trosce polityków o dzieci „nienarodzone” i kompletnym braku troski wobec dzieci narodzonych. Nasz kraj się dozbraja, buduje stadiony, drogi, ale jakoś stale brakuje pieniędzy na żłobki, przedszkola, pomoc rodzinom wielodzietnym czy dzieciom niepełnosprawnym. A właśnie to byłyby sprawdzian dla politycznej troski o życie. Brak tak zwanych praw reprodukcyjnych (brak edukacji seksualnej, brak refundowanych środków antykoncepcyjnych, zakaz aborcji) powoduje, że jako kraj możemy być porównywany do państw afrykańskich czy islamskich, gdzie kobiety traktuje się jako osoby, które z jakichś powodów muszą być pod stałą kontrolą mężczyzn. To upokarzające i głęboko niesprawiedliwe, by o macierzyństwie i brzuchu kobiety decydowali jacyś mężczyźni (księża, politycy), którzy dzieci nie rodzą, nie wychowują i żadnych ciężarów z tego tytułu nie ponoszą.
Pojawiła się szansa w pigułce dzień po. Unia Europejska zezwala na jej sprzedaż bez recepty. W Polsce rozpoczęła się dyskusja, czy można ją sprzedawać w taki sposób. Z wizytą u lekarza ginekologa np. po środki antykoncepcyjne dziewczęta do 18. roku życia mogą przyjść wyłącznie w towarzystwie rodzica lub opiekuna, podczas gdy prawo dopuszcza rozpoczęcie współżycia seksualnego od 15. roku życia. Jak się w tym wszystkim ma poruszać młoda uczciwa Polka?
– Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z uczciwością. Pigułka „dzień po” to antykoncepcja awaryjna. Używa się jej w przypadku „wpadki” lub gwałtu. Zamiast późniejszej pigułki wczesnoporonnej, a tej zamiast aborcji. Jeśli jesteśmy przeciwko aborcji, to powinniśmy rozumieć dobrodziejstwo pigułki „dzień po”. Ona blokuje owulację i nie ma nic wspólnego ze sztucznym poronieniem. Po prostu nie doprowadza do niechcianych, a często tragicznych konsekwencji. Bo takimi są niechciane ciąże i niechciane dzieci. By nie dopuścić do aborcji, można użyć pigułki dzień po. Kościół powinien być za. A nie jest. Jego sprzeciw pokazuje miarę ubezwłasnowolnienia kobiet; kobieta nie ma prawa do edukacji seksualnej, nie ma prawa do refundowanej antykoncepcji, nie ma prawa do pigułki dzień po, nie ma prawa do środków wczesnoporonnych, nie ma prawa do aborcji. Do czego więc ma prawo? Do rodzenia jak królica, zawsze gdy tylko mężczyzna będzie miał ochotę na seks, bo ona własnej fizjologii kontrolować nie może. Dlaczego ma rodzić, gdy nie chce? „By biała rasa nie zginęła” – jak wyjaśnił niedawno wszystkim biskup Hoser. Czy to nie chore? Nie ksenofobiczne? Średniowieczne? Gdzie my żyjemy? Zwłaszcza że opinie hierarchów nie są bez znaczenia dla decyzji rządu. Episkopat się zbiera, rząd słucha…
Co innego kwestia recept dla dziewcząt przed 18. rokiem życia. Otóż gdybyśmy żyli w normalnym kraju, gdzie w szkołach jest edukacja seksualna, gdzie jest dostępna antykoncepcja, a lekarze i farmaceuci służą pacjentom, a nie prawu bożemu, to uznałabym, że recepta jest konieczna. Ale nie żyjemy w takim kraju. Proszę sobie wyobrazić 16-latkę, która zabawiła się na prywatce i ma podejrzenie, że może zajść w ciążę. Rodzicom tego nie powie, bo u nas rzadko kiedy rodzice rozmawiają z dziećmi o sprawach intymnych. Do ginekologa nie pójdzie, bo raz: że wizytę w państwowej służbie zdrowia ustawią jej na za dwa miesiące, dwa: jeśli uda jej się szybko do ginekologa trafić, to prawdopodobieństwo, że ten zacznie moralizować i przywoływać swoje religijne sumienie, a nie umiejętności, jest bardzo duże, trzy: nie może iść sama do tego ginekologa tylko z dorosłym więc prawdopodobieństwo wzmożenia nastrojów religijnych u lekarza jest jeszcze większe (bo rodzic może przecież donieść biskupowi, że taki to a taki lekarz nie słucha Boga tylko młodych ludzi). No i cztery: pójście do prywatnego lekarza, gdzie prawdopodobieństwo kompetentnej usługi jest większe, poważnie zwiększa koszty pigułki (130 zł plus koszty wizyty). W małych miastach czy na wsiach szansa dostania się do prywatnego ginekologa zaraz po „awarii” jest mała, bo lekarze nie przyjmują codziennie, a dojechanie do innego miasta znowuż kosztuje. Co więc ma robić dziewczyna, która „wpadła”. Oczywiście modlić się! Moraliści powiedzą: „Powinna unikać seksu do małżeństwa, nie powinna uczestniczyć w takich imprezach”. To zapewne słuszne. Ale stało się. Więc ma czekać, aż urodzi niechciane dziecko? Znamy wiele przypadków bezradnych matek, które nie chciały dziecka i je zabiły. Lepiej więc wcześniej zrobić aborcję? Ale ta jest nielegalna i kosztuje, czy więc nie lepiej skorzystać z pigułki? A co w przypadku gwałtu? A co z kobietami, które mają już kilkoro dzieci i nie mogą mieć kolejnych? Pigułka „dzień po” jest idealnym rozwiązaniem w awaryjnych sytuacjach. Jeśli istnieje obawa, że będzie nadużywana, to jest to jeszcze jeden powód, by wprowadzić edukację seksualną do szkół.
A wracając do pani pytania, jak w tym świecie hipokryzji ma się poruszać uczciwa Polka (bo problem ten Polaków raczej nie dotyczy), to powiem, że nie wiem. Jeśli jest katoliczką – powinna rodzić w każdej sytuacji, choć też powinna wiedzieć, że jak tylko urodzi ani Kościół, ani państwo nie pomogą jej w wychowaniu, bo ta pierwsza instytucja zajmuje się wyłącznie dziećmi nienarodzonymi, a ta druga uważa, że „kobieta zawsze sobie poradzi”. Jeśli natomiast nie jest katoliczką, to powinna – w wersji idealnej – porozmawiać z rodzicami, udać się ginekologa i zaopatrzyć na zapas w pigułkę (oby nigdy nie musiała z niej skorzystać) lub – w sytuacji rzeczywiście awaryjnej – poprosić starszą koleżankę o kupienie jej. Bo lepsze pigułka niż aborcja.
Pierwsza połowa XX wieku – „Dzieje grzechu” Żeromskiego, „Moralność pani Dulskiej” Zapolskiej, lektury, przedstawienia teatralne, filmy. W tym czasie Simone de Beauvoir, Irena Krzywicka, Tadeusz Boy-Żeleński głosili już feministyczne i postulaty równouprawnienia kobiet. Niewiele się zmieniło.
– Bo postęp, w każdym razie w kwestii praw kobiet, nigdy nie jest linearny i zawsze trzeba o niego zabiegać. Co i rusz pojawia się partia, która pod pozorem przywilejów (np. roczny urlop macierzyński) pragnie zepchnąć kobiety do roli podrzędnej i zależnej, a więc do roli matki oraz osoby wykonującej bezpłatną pracę, również na rzecz mężczyzny. Zamiast wspierać łączenie pracy zawodowej z wychowawczą (elastyczny czas pracy, żłobki) „eliminuje” się kobiety z rynków pracy, zwiększając ich zależność od mężczyzn lub państwa. A jak wiemy: jedno i drugie jest niepewne. Mężczyźni nader chętnie się rozwodzą, alimenty są nieściągalne, a państwo zajmuje się dziećmi „poczętymi”, a nie urodzonymi. W każdym społeczeństwie jest walka miedzy tradycją (wygodną dla mężczyzn) a nowoczesnością (w której kobiety mają prawa). Oby w Polsce ta walka nie była przegrana.
Często wyznawana ideologia, wszystko jedno czy głoszona przez Kościół, czy ruchy feministyczne, z którymi identyfikują się ludzie, zwalniają z niezależnego, samodzielnego myślenia. Osoby wyznające np. wiarę katolicką poddają się wskazówkom Kościoła i uważają, że trzeba je uwzględniać w polityce państwa. A czy feminizm nie dyktuje „jedynie słusznych” zasad i rozwiązań? Jak rozstrzygnąć ten dylemat?
– Dobrym sprawdzianem jest odpowiedź na takie pytanie: czy w świecie rządzonym przez feministki byłoby miejsce na Kościół i czy w świecie rządzonym wyłącznie przez Kościół byłoby miejsce na feministki? Otóż, co widać w zachodnich demokracjach i na przykład w Stanach Zjednoczonych, gdzie feministki mają się bardzo dobrze, prawa kobiet nie ograniczają praw Kościoła i ludzi do wyznawania swojej wiary. W krajach rządzonych przez Kościół (średniowiecze, dzisiejsze kraje islamskie) nie ma miejsca ani na prawa kobiet, ani na feministki.
Kiedy odrobimy lekcję z gender? Czym jest to straszne zjawisko (strach o to pytać)? Czy dyskusja o gender ma jakiś cel i sens?
– Ta dyskusja nie jest merytoryczna i niedługo przycichnie. Politycy sztucznie ją podgrzewają. W Polsce ciągle można zrobić karierę na straszeniu „Ruskim”, „układem”, „ptasią grypą” czy właśnie „gender”. Ale to tak jak straszyć ludzi transcendentalizmem czy inteligibilnością. Terminy specjalistyczne, naukowe mało kto rozumie, więc wszystko można w nie włożyć. Jak długo można ludzi straszyć nieznanym słowem? Wszystkim to się niedługo znudzi. Posłanka Kempa kiedyś zniknie z polityki, a Kościół będzie musiał się zająć swoim naprawdę poważnym problemem, jakim jest pedofilia, bo inaczej straci swą rację bytu. A gender wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na uniwersytety, bo to przecież nauka o kulturze. Po prostu.
Na szczęście w Polsce wiedza o gender jest już coraz bardziej dostępna. Niedawno wydana została Pani książka pt. „O gender i innych potworach” oraz „Encyklopedia gender. Płeć kulturowa”. Czytać je powinien chyba każdy w dzisiejszych czasach. Jak zachęci nas Pani do tej lektury?
– Chętnie w ogóle zachęcam do czytania, do gromadzenia wiedzy, do uczenia się. Przesądy, głupota mają się najlepiej tam, gdzie ciemno, gdzie panuje ignorancja. Myślę, że właśnie ignorancja jest największym problemem Kościoła katolickiego w Polsce. Zajęcia z gender przydałyby się w każdym seminarium duchowym, bo uczą m.in. o tym, jak kultura wypacza to, co naturalne, jak represjonuje to, co różnorodne. Jak wykształca wzorce (np. dotyczące rodzicielstwa, urody, zachowań, stylu bycia), do których musimy się dostosowywać, a które często nam szkodzą. Na przykład: wychowywanie mężczyzn w duchu rywalizacji i maczyzmu. Stąd ich nieporadność w roli ojców, stąd ich agresywna polityka i potrzeba walki. Tak wychowani chłopcy mają trudności z założeniem rodziny. Bowiem dziś kobiety bardziej wolą partnerów niż macho. Wolą bardziej tych, którzy są czułymi ojcami niż „jedynymi żywicielami rodziny” nieobecnymi w domu, bez kontaktu z dzieckiem. Gender uczy, że traktowanie dziewczynek i kobiet jako obiektów seksualnych lub istot posłusznych, bezwolnych, „powołanych” do wykonywania czynności, których brzydzą się mężczyźni (sprzątanie, gotowanie za darmo), nie tylko zagraża ich szczęściu i samorealizacji, ale i jest szkodliwe dla gospodarki czy ogólnego dobrobytu. Przekonanie o tym, że kobiety z powodów naturalnych lub boskich nie nadają się do edukacji, pracy, polityki, zarządzania, zubożyło nasz świat. Maria Skłodowska-Curie nie mogła studiować na Uniwersytecie Jagiellońskim, bo nie wpuszczano tam kobiet, więc dwa Noble zdobyła dla Francji, która była bardziej wolnym i zgenderowanym państwem.
Kościół jest ponoć przeciwko seksualizacji dzieci (seksualizuje je kultura masowa i dzisiejszy konsumpcjonizm) feministki też są przeciw. To ohydne, by dziewczynki były wciągane w kulturę seksualnej dorosłości tylko dlatego, że jakieś firmy chcą zarobić kasę na kosmetykach lub rozkręcić interes wokół konkursu małej miss. Dziewczynki od maleńkości muszą wiedzieć, że mogą i powinny mieć inne aspiracje niż służyć jako obiekt seksualny lub przedmiot konsumpcyjnej władzy neoliberalizmu. Wiedza o gender jest bronią, która służy jako źródło wiedzy, o tym, jak kształtuje się męskość i kobiecość na przestrzeni wieków. Gender pokazuje, jak bardzo zmieniają się wzorce kobiecości i męskości. I jak możemy na to wpływać: dla własnego dobra, dla dobra rodzin, dla szczęścia społecznego. Studia gender powinny być więc obowiązkowe nie tylko w seminariach duchownych, ale w szkołach. Chętnie też wyłożę podstawowe tezy tej nauki politykom, by rozsądniej myśleli o naszej przyszłości. O przyszłości Polaków i Polek.
Rozmawiała: Bożenna Ulatowska
Anna Urbańska: Jak skutecznie zarządzać czasem?
Ostatnio coraz częściej moi znajomi na moje pytania: „Co słychać”? Odpowiadają, że są
zabiegani na maksa i na nic nie mają czasu. Zaczęłam zastanawiać się, jak to
jest z tym, że niektórzy z nas potrafią efektywnie wykorzystać czas, a
niektórym, czas przelatuje przez palce.
No więc jak to jest z
tym czasem? Człowiek dnia dzisiejszego jest przepracowany i notorycznie
zaganiany. Wszystko dzieje się tak szybko, że nikt nie jest w stanie nadążyć.
Powiedzenie „rób to,
co zawsze, a będzie dobrze” jest już nieaktualne. Dziś robiąc to, co
zawsze, zostajesz w tyle, a do tego pod presją i coraz bardziej zestresowany.
Dziś organizacja sobą w czasie nie jest wyborem, ale koniecznością.
Dlaczego?
Człowiek dnia dzisiejszego bywa często przytłoczony, sfrustrowany, zestresowany i zagoniony. Przyglądając
się tematowi, zdecydowałam się sklasyfikować najważniejsze metody organizacji i samoorganizacji czasu.
Ludzie próbują zarządzać czasem, co generalnie nie jest możliwe. To tak, jakby
chcieć zarządzić wskazówkami zegara. Zamiast zarządzać czasem, warto zarządzać
sobą w czasie.
To, co może nam ułatwić zarządzanie
SOBĄ w czasie to:
1. Jasne
określenie celów.
2. Ustalenie
priorytetów.
3. Codzienne
planowanie działań.
4. Rezygnacja
z nadmiaru zobowiązań.
5. Kończenie,
a nie dążenie do doskonałości.
6. Przezwyciężanie
sytuacji kryzysowych.
7. Kontrolowanie
przeszkadzania.
8. Unikanie
odkładania na później.
Co jeszcze może nam pomóc w obszarze zarządzania sobą w
czasie?
Bardzo skuteczna jest zasada kuli do gry w kręgle -
zasada „cennych chwil”.
Wyobraź sobie swój dzień jako pudełko. Każde większe zadanie
lub priorytet jest kulą do gry w kręgle. Kule te są duże, ciężkie i zajmują
dużo miejsca. Do pudełka nie zmieści się już żadna kula, ale w puste miejsca
wokół kul można jeszcze wsypać małe szklane kuleczki.
Nie możesz wziąć na siebie kolejnego, dużego zobowiązania,
lecz możesz wykonywać wiele małych, denerwujących, ale istotnych zadań,
wykorzystując „cenne chwile”.
Możesz sprawić, aby twój dzień był bardziej wydajny i
satysfakcjonujący, wykorzystując „cenne chwile”, które zdarzają się każdego
dnia. Nie nadchodzą one z wielkim hukiem, więc jeśli nie jesteś na nie
wyczulony, mijają cię niezauważenie. Czy zdarzyło ci się zadzwonić do kogoś i
wysłuchiwać melodyjek w oczekiwaniu na rozmowę? Przyjść o godzinie 10.00 na
zebranie, które zaczęło się o 10.15? Czekać bezczynnie w holu lub gabinecie na
umówione spotkanie? Pięć czy dziesięć minut osobno, wydaje się bez znaczenia,
jednak skumulowane mogą być źródłem nie jednego sukcesu. Jak dużo „cennych
chwil” masz jednego dnia? 10 minut? 20 minut? 30 minut? Jeśli codziennie
marnujesz 30 minut, w ciągu roku tracisz 15,8 ośmiogodzinnych dni pracy!!! To
ponad trzy tygodnie robocze.
Jak jeszcze zaoszczędzić
czas?
Elementarną jednostką systematycznego planowania czasu jest
plan dnia. Jeśli nie zapanujesz nad przebiegiem dnia, to masz marne szansę na
realizację swoich celów życiowych. Planując następny dzień, pamiętaj, aby
umieścić w nim te sprawy, które powinieneś, chcesz i możesz załatwić - plan
dnia powinien być przede wszystkim realistyczny. Jeśli postawisz sobie zbyt
wygórowane wymagania, wpadniesz we frustrację i niechęć do planowania w ogóle.
Pamiętaj o tym, aby na zajęcia zaplanowane przeznaczyć ok.
60% czasu; ok. 20% czasu zarezerwuj na sprawy nieoczekiwane, różnego rodzaju
zakłócenia i złodziei czasu; pozostałe ok. 20% przeznacz na działania
spontaniczne.
Warto zwracać również uwagę na codzienne czynności.
Strażacy w remizie zanim położą się spać, przygotowują sobie
ubrania na podłodze tuż przy łóżku. Chcą maksymalnie skrócić czas ubioru. Ile
czasu marnujemy rano na podjęcie decyzji, w co się ubrać? A co by było, gdyby
nie zadzwonił budzik?
Brak natychmiastowej satysfakcji powoduje, że dla części z nas tempo działania
ma ogromne znaczenie. Żyjemy w społeczeństwie, gdzie wszyscy chcą czegoś
od razu. Socjolog Robert Merton zauważył, że wśród ludzi sukcesu można
zaobserwować typ zachowania, który nazwał wzorcem odroczonej gratyfikacji.
Zachowanie to polega na wykazywaniu tendencji do odkładania czegoś na później i
wkładaniu większej pracy, energii, a nawet pieniędzy, aby otrzymać coś lepszego
w przyszłości. Zamiast rozczarować się i niecierpliwić, trzeźwo przemyśl
sytuację. Oczekiwanie może przecież zaowocować.
A jaką rolę w zarządzaniu sobą w czasie mają nawyki?
Wyrabiamy sobie nawyki, które możemy wzmacniać lub zmieniać.
Jeśli martwisz się, że nie przyzwyczaisz się do planowania, po kilkunastu,
kilkudziesięciu dniach, przestanie to być twoim zmartwieniem. Podejmij decyzje,
postaraj się, aby planowanie stało się jednym z twoich codziennych nawyków. Wiele osób hamuje w planowaniu strach
przed porażką. Oczekuj konkretnych rezultatów stopniowych, a nie
rewolucyjnych. Małe zmiany z czasem stworzą istotną różnicę. Niektórzy nie
obawiają się porażki, ale raczej sukcesu. Strach przed sukcesem może
uniemożliwić realizację planów. Naucz się też planować, jak sprostać nowym
wyzwaniom.
Czy planowanie jest łatwe?
Myślę, że planowanie
to praca, czasem nawet nie lekka. Sądząc, że praca zawsze jest czymś
przykrym, pozbawiasz się satysfakcji. Poza tym najmilsze w planowaniu jest
rozmyślanie o korzyściach z tego, co się robi.
Wystarczy 15 minut, aby pozytywnie wpłynąć na cały dzień.
Zarezerwuj w swoim terminarzu kwadrans każdego dnia na planowanie. Strzeż go
pilnie! Żadna inna czynność nie potrzebuje większej ochrony. Wykorzystaj ten
kwadrans, aby każdy dzień miał cel i sens oraz był pełen dokonań. Choć wiele
osób wybiera na planowanie pierwsze 15 minut dnia, ja należę do zwolenników
tego pod koniec dnia poprzedniego. Dlaczego?
Planowanie pod koniec dnia ma trzy zasadnicze zalety:
* Wykorzystujesz siłę pędu, a nie inercji - pomysły będą
lepsze, ponieważ po dniu pracy lepiej wiesz, co
osiągnąłeś, a czego jeszcze nie zrobiłeś.
* Planowanie pod koniec dnia daje poczucie spełnienia - po
15-minutowym planowaniu będziesz mógł zakończyć pracę i spokojnie rozkoszować
się wolnym czasem, nie przejmując się, że następnego dnia zapomnisz coś zrobić.
* Planowanie pod koniec dnia nie tylko umożliwia wyznaczenie
najważniejszego zadania na kolejny dzień, ale też pozwala przystąpić do jego
realizacji z samego rana - gdy inni szukają jeszcze swoich biurek, piją kawę
lub szukają swojego samochodu na parkingu, ty jesteś na najlepszej drodze do
zaliczenia kolejnego wydajnego dnia. Nawet jeśli w nocy pojawią się nowe
kwestie, szybciej je umieścisz w swoich planach, niż gdybyś zaczynał planowanie
od początku.
Sekundy, minuty,
lata…
Każdy z nas ma na dobę 86
400 sekund. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy prezesem, dyrektorem, czy
prowadzimy biznes. Nie ważne, czy jesteśmy kobietą, mężczyzną, czy dzieckiem.
Nie liczy się to, ile mamy pieniędzy, gdzie mieszkamy i z kim. To, co moim
zdaniem ma znaczenie to, to, co robimy z każdym, danym nam dniem. Jak i czy
wykorzystujemy czas, każdego dnia.
Myślę, że czas to jeden z najważniejszych aspektów naszego
życia. Dlatego warto zastanowić się jak my sobie z nim radzimy. Ludzie mówią,
że: „Czas to pieniądz”. Ja myślę, że
czas to więcej niż pieniądz.
Wypalenie? Jak sobie z nim radzić?
Właśnie
kończą się wakacje, więc większość z nas wraca do pracy. Do codziennych działań.
I
wielu z nas, myśląc o tym powrocie, ma ból żołądka i niezbyt pozytywne emocje.
Co się z nami dzieje, co się zmienia od momentu, kiedy pierwszego dnia
pojawiliśmy się w naszej ukochanej firmie? Kiedy usłyszeliśmy od osoby, która
nas rekrutuje: „Świetnie, zatrudniam cię”?
Może od początku
Niejednokrotnie
zdarzyło mi się brać udział w rekrutacjach pracowników.
To,
co najbardziej rzucało się w oczy, to był ogromny zapał, energia i charyzma
wielu kandydatów. Wydawali się być „napaleni” i gotowi do działania „tu i teraz”.
Potem kilkakrotnie zdarzało mi się spotkać z nimi po kilkunastu miesiącach,
czasem po kilku latach. Ich błysk w oku zniknął. Z charyzmy nie zostało nic. A
gotowość, owszem była, ale do wyjścia z pracy. Co takiego się z nami dzieje? Co
powoduje, że czasem po krótkim czasie czujemy się wypaleni zawodowo.
Dlaczego wypalamy się i co jest
tego konsekwencją?
Na
zlecenie Instytutu Nowych Kwestii Społecznych i Instytut Badania Opinii
Publicznej YouGov w Niemczech, przeprowadzono pierwsze porównawcze badanie
międzypokoleniowe. Badanie dotyczyło 3055 ankietowanych.
Wyniki
badania były zaskakujące. Aż 47 procent osób uskarża się na choroby związane z
pracą, na przykład wypalenie zawodowe. Zgodnie z Raportem Kasy Chorych, liczba
dni nieobecności w pracy z powodu chorób psychicznych, w tym
wypalenia zawodowego, wzrosła o 165 procent na przestrzeni ostatnich 15 lat.
Widać,
że utrzymujący się brak możliwości bycia sobą, jako jeden z najważniejszych
czynników stresogennych, prowadzi do trwałego stresu psychospołecznego,
ponieważ u osoby na niego narażonej przeciążony jest potencjał homeostatyczny
neuroprzekaźników.
Mózg
wciąż dąży do osiągnięcia poziomu indywidualnej dla danej jednostki równowagi.
Długotrwałe odchylenie od tego poziomu równowagi wynikające z braku możliwości
bycia sobą może, w zależności od zakresu, prowadzić do bardzo poważnych
zaburzeń w całej gospodarce biochemicznej naszego mózgu.
Człowiek
jest autentyczny tylko wtedy, gdy wyuczone zachowanie jest zgodne z tym, co ma
uwarunkowane genetycznie. Wielokrotnie moi biznesowi klienci mówią, że nie
zawsze w pracy mogą być sobą. Że przywdziewają „mundurek” i idą TAM „odbębnić”
swoje 8 godzin, a potem mogą wrócić do domu i znowu być sobą. Często
zastanawiam się, jak długo można funkcjonować?
Znam
wielu menedżerów, którzy na myśl o kolejnych decyzjach, które muszą podjąć
natychmiast, mają objawy chorobowe. Spotkałam handlowców, którzy bez
przekonania opowiadają swoim klientom o swoich produktach i nie mają sprzedaży,
bo jak ją mają mieć, skoro są wypaleni. Produktem, firmą i samym sobą. Nie
wspomnę o zawodzie, w którym temat jest niezwykle częsty - nauczyciele. Tutaj
odsetek wypalenia jest bardzo wysoki.
Sama
pamiętam, kiedy przed laty, mając iść do pracy, miałam odruch wymiotny!
Więc,
co robić, aby wypalenie zawodowe nas omijało? To moje sprawdzone pomysły:
1. Robić to, co przynajmniej trochę
lubisz. Już nie mówię o tym, żeby praca była pasją.
2.
Czasem odpoczywać. Spać, nie myśleć w nocy.
3.
Pozwalać sobie na niedoskonałość, na błędy. Cmentarze
są pełne ludzi niezastąpionych.
4.
Uczyć się ciągle nowych rzeczy i wdrażać je, wówczas
nie wieje nudą.
5.
I najważniejsze: Być w biznesie sobą, nie kreować, nie
udawać, nie grać rólek na potrzeby innych.
Sprawdzone,
działa, polecam.
Anna Urbańska
Subskrybuj:
Posty (Atom)




